Na „Księgę ocalenia” („The Book of Eli”) poszedłem w ramach posesyjnego odstresowania. Zwiastun zapowiadał świetne zdjęcia, ciekawy klimat i raczej słabą fabułę. Nie zawiodłem się — otrzymałem to, na co liczyłem.
Film zaczyna się naprawdę świetnie. Zarówno obraz, jak i dźwięk doskonale budują postapokaliptyczny klimat. To nie „Jestem legendą”, utrzymany w konwencji bliskiej robinsonady, a dosadna wizja świata zapomnianego przez Boga, gdzie ludzie żyją na wypalonej Słońcem pustyni, bo po wojnie nic więcej im nie pozostawiono.
Okazuje się jednak, że Bóg nie zapomniał całkowicie o ziemskim padole. Przemówił do głównego bohatera o imieniu Eli. Imię to można wiązać z Helim, nauczycielem Samuela, Eliaszem, Elizeuszem i paroma innymi postaciami. Można też je interpretować jako imię samego Boga czy też rozwijać jako frazę „mój Bóg”. Mamy tu pole do pewnych interpretacji, choć myślę, że „Eli” po prostu dobrze brzmi.
Zresztą Eli może pochwalić się znacznie ciekawszymi atrybutami niż imię. Przede wszystkim jako gratis do księgi dostał skille w posługiwaniu się wszelkimi rodzajami broni (włącznie z łukiem, którego używa na początku i pod koniec filmu — w środku łuk… no właśnie, co się w międzyczasie działo z łukiem?) i samotnym zabijaniu rzeszy przeciwników w ciągu kilkunastu sekund walki. Mnie to szczególnie nie przeszkadzało; sceny walki choć mało efektowne, nie są jednak szczególnie dosadnie ukazane, więc wybuchy przemocy nie rażą zbyt mocno. Szkoda tylko, że poziom ich bzdurności przekracza granicę przyzwoitości, gdy uświadamiamy sobie, że Eli jest…
Przeczytałem „Jesienne wizyty” Siergieja Łukjanienki. Po seriach „Nocnego patrolu” i „Brudnopisu” spodziewałem się kolejnej książki z niesamowicie wciągającą akcją, ciekawymi pomysłami na świat przedstawiony i wplecionymi w tekst przemyśleniami autora na temat codziennego życia. Niby to wszystko otrzymałem, ale jakoś nie jestem zachwycony.
W dalszej części tekstu nie brak spojlerów.
„Inferno” to polski film z 2001 roku w reżyserii Macieja Pieprzycy. Jest dostępny na stronach TVP i można go obejrzeć on-line.
O „Inferno” nigdy wcześniej nie słyszałem, mimo iż niewątpliwie warte jest uwagi. Film opowiada historię trzech licealistek: Baśki, zwanej Xeną, Anki i Ingi, czyli Inez. Szczerze mówiąc, z początku nieco się zniechęciłem do oglądania, w czym niemały udział miała kreacja Katarzyny Bujakiewicz, która wcieliła się w rolę „słodkiej idiotki” Ingi. Ot, zapowiada się kolejny głupawy film o młodzieży, pomyślałem sobie, ale już za chwilę zmieniłem zdanie i wciągnąłem się w akcję.
Akcja ukazana jest nieco achronologicznie, ale bez zbędnego chaosu. Zabieg ten nie tylko urozmaica fabułę, ale ułatwia porównanie różnych postaw i zachowań tych samych osób. Muzyka dobrze wpasowuje się w klimat poszczególnych scen. W filmach o młodzieży zawsze obawiam się przede wszystkim dwóch rzeczy. Po pierwsze — zbyt dojrzale wyglądających aktorów — tu Monika Kwiatkowska grająca Xenę wydała mi się zdecydowanie zbyt poważna, okazało się jednak, że pasuje to do jej postaci. Po drugie — naturalizmu budowanego przede wszystkim przez wulgaryzację języka i zachowań. Na szczęście „Inferno” mimo mrocznego klimatu i ciężkiej tematyki posługuje się bardziej wyrafinowanymi środkami wyrazu niż zastąpienie w scenariuszu wszystkich przecinków panią lekkich obyczajów.
Wszyscy byli i ja też już byłem na „Pocahontas” „Avatarze”. Tak, na seans udałem się z negatywnym nastawieniem, ale nie mógłbym spojrzeć wnukom w oczy, gdyby zapytały: „A dziadzio był na pierwszym filmie z dźwiękiem? Pewnie nie? A na »Avatarze« dziadzio był, czy już wtedy wszystko było w 3D?”. Sami widzicie, nie miałem wyboru — przez wzgląd na przyszłe pokolenia.
Powodowała mną także ciekawość. To był mój pierwszy trójwymiarowy film i liczyłem, że rzeczywiście zobaczę zaczątki jakiegoś przełomu w kinematografii. Po założeniu okularów byłem zachwycony. Zdecydowanie trójwymiarowe reklamy robią wrażenie. Niestety, trójwymiarowy film po kilkudziesięciu minutach mnie po prostu zmęczył. Bardzo możliwe, że mam pecha i moje oczy nie najlepiej reagują na współczesną technikę, ale faktem jest, że poza kilkoma scenami, zresztą tymi niby mniej efektownymi bo wewnątrz pomieszczeń, a nie w plenerach Pandory, 3D po prostu mnie wkurzało.
Podczas pobytu w domu podczytywałem skrócone wydanie dziennika Virginii Woolf. (Na razie zdążyłem przeczytać tylko jedną piątą książki, także niektóre z poniższych uwag mogą ulec zmianie). Nigdy nie miałem jeszcze do czynienia z twórczością tej pisarki, ale pewne wyobrażenie jej osoby dał mi, notabene bardzo udany, film „Godziny”. Dziennik okazał się mniej więcej taki, jak się spodziewałem. Duża doza kobiecego i pisarskiego spojrzenia na świat: jakieś spotkanie towarzyskie (z nastawieniem na opisy osobowości nie zdarzeń), nowa sukienka, ciągłe rozglądanie się za nowym mieszkaniem, sprzeczka ze służącą itp. Wszystko to w melancholijnym klimacie przyprawionym lekką ironią, która jest składową stałą tego utworu.
Szczerze mówiąc gdyby nie ta ironia i sprawność, z jaką Virginia Woolf posługuje się językiem, dziennik byłby śmiertelnie nudny. Jak sama pisze w notatce z 22 listopada 1917 roku:
Następnie, wzniósłszy się cudownie ponad sprawy personalne, rozmawialiśmy o literaturze i estetyce. Roger zapytał, czy opieram swoją twórczość na teksturze czy strukturze; skojarzyłam strukturę z fabułą, więc odpowiedziałam: „Na teksturze”.
Virginia Woolf, „Chwile wolności. Dziennik 1915–1941” („A Moment's Liberty. The Shorter Diary”)
Pamiętam z dzieciństwa cykl telewizyjny „Perły z lamusa”, prowadzony przez niezapomnianego Zygmunta Kałużyńskiego i Tomasza Raczka. Cykl nadawany był w TVP2, bodaj w niedzielę koło południa, oglądałem go więc dosyć często i pewnie wtedy zakiełkował we mnie sentyment do starego dobrego hollywoodzkiego kina, którego to sentymentu nie zdołała zgasić niechęć do sztampy i wszystkiego co wpasowuje się w nurt popkultury.
Postanowiłem zacząć Nowy Rok od czegoś nietypowego, sięgnąłem więc po film będący niewątpliwie perłą z lamusa — „Śniadanie u Tiffany’ego” („Breakfast at Tiffany’s”). Chyba każdy zna ten tytuł przynajmniej ze słyszenia, sam pamiętałem z niego nawet kilka scen, nigdy chyba jednak nie oglądałem go w całości. Melodramat, nawet nie zanadto ckliwy i zahaczający o coś w rodzaju komedii romantycznej, nie jest jednak tym, co tygryski lubią najbardziej i pewnie bym sobie film darował, gdyby nie Audrey Hepburn, która gra w nim główną rolę.
Podstawą scenariusza była książka Trumana Capote’a o tym samym tytule, jednak z opinii o filmie wywnioskowałem, iż mamy do czynienia z dość swobodną interpretacją oryginału. W szczególności kreacja Hepburn wydaje mi się być odległa od książkowego pierwowzoru. Szczerze mówiąc, myślę, że film miał opowiadać o nowojorskiej call girl, która przyjechała do wielkiego miasta z jakiegoś Tulip w Teksasie, ale Audrey tę postać zniszczyła… po czym stworzyła na nowo, we właściwym sobie stylu, zapisując się na zawsze w historii kina.
O filmie „Dystrykt 9” słyszał już chyba każdy, gdyż jest on dosyć nachalnie reklamowany. Trailer jest bardzo zachęcający — dramat science-fiction, stylizowany na film dokumentalny, produkcji Petera Jacksona (reżyserem jest Neill Blomkamp, ale czy ktokolwiek wcześniej o nim słyszał?) z akcją w RPA. W rzeczy samej, forma jest dosyć nowatorska jak na film o Obcych. Zresztą pomysł na fabułę też jest nieszablonowy. Tym razem to nie my jesteśmy jesteśmy biednymi zagubionymi owieczkami. Obywa się też bez fanfar oraz ochów i achów podczas Kontaktu.
Wbrew huraoptymistycznym opiniom nie byłbym skłonny mówić o wielkim przełomie w kinie s-f — mięso tradycyjnie lata, aż powietrze furczy, broń Obcych robi z nas miazgę, główny bohater jest ścigany przez Zły, Bogaty, Bezduszny i Żądny Władzy Szwarccharakter™, a w fabule znajdziemy trochę braków i nieścisłości. Ale to nie oznacza rozczarowania. „Dystrykt 9” rzeczywiście wprowadza nowe, ciekawe spojrzenie zarówno na fabułę, jak i na formę, i jest wart obejrzenia.
Uwaga! Spojlery!
9 września 2009 o godzinie 9:00 wieczorem skusiłem się na film zatytułowany „9”. Dotąd jakoś nie miałem czasu spisać swoich wrażeń, ale najwyższa pora coś naskrobać.
„9” jest animacją prezentującą postapokaliptyczną wizję świata… bla, bla, bla… Taka właśnie gadka zachęciła mnie do wybrania się do kina. Film dozwolony od lat 12, więc liczyłem na jakąś mroczniejszą atmosferę, dylematy moralne, obraz nędzy ludzkości; liczyłem na to, że ktoś da mi w kość, a przy okazji pokaże kawał dobrej rysunkowej roboty. Niestety, zawiodłem się.
Pewien wielki europejski mistrz sztuk plastycznych spacerował po europejskiej łące z innym znanym malarzem i rozmawiali o sztuce. Przed nimi pojawił się las. Jeden mistrz powiedział do drugiego: „Jeśli jesteś prawdziwym artystą, narysujesz to drzewo tak, że miłośnik przyrody, gdy tu przyjdzie, rozpozna je pośród innych”.
Dziękuję Allahowi, że mnie, biednego drzewa, które tu widzicie, nie narysowano z taką precyzją. I nie dlatego, że boję się, iż gdybym powstało w stylu europejskim, to wszystkie psy Stambułu, uważając mnie za prawdziwe, siusiałyby na mnie, ale dlatego że ja nie chcę być drzewem samym w sobie, chcę być jego znaczeniem.
Orhan Pamuk, „Nazywam się Czerwień”
Gdy po raz pierwszy brałem w ręce tę książkę, nie wiedziałem o niej nic. Ponoć miał to być kryminał, ale tyle w tym stwierdzeniu prawdy, ile w słowach, że „Potop” to powieść przygodowa, a „Solaris” — historia miłosna. Owszem, od początku do końca jednym z głównych wątków jest morderstwo i poszukiwania sprawcy, ale to nie kryminalna zagadka sprawiła, że nie potrafiłem oderwać się od lektury. Tak naprawdę, jeżeli chodzi o fabułę, to bardziej wciągająca była miłosna gra między Czarnym i Şeküre, ale i ona sprawia wrażenie dodatku do czegoś znacznie głębszego, jak gdyby akcja w tej książce była zbiorem miniatur, namalowanych przez osmańskich mistrzów; miniatur, które nie oddają jednak istoty treści.
W ostatnich dniach dużo można usłyszeć o Wojciechu Cejrowskim, zwłaszcza w kręgach katolickich i prawicowych. Najpierw TVP zdjęła z anteny „Boso przez świat”, a teraz radiowa Trójka zaniechała emisji prowadzonej przez niego audycji. W obu przypadkach sankcje wynikły z powodu udziału Cejrowskiego w spocie wyborczym Marka Jurka. Jasne jest, że dziennikarz mediów publicznych nie może promować konkretnej partii czy posła, ale z drugiej strony, w obu przypadkach Cejrowski nie jest chyba pracownikiem tych mediów sensu stricto, a obowiązujący go kontrakt nie nakłada na niego wspomnianych ograniczeń.
2007–2009 Mariusz Chilmon, Augustów – Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.