„Poncjusz Piłat”, NormalsiBędę hojny — pójdziesz precz;
Twoje pismo, a mój miecz.
Wyrwij z niego słowa dwa,
Że królestwo Twoje trwa!
Utwór do pobrania ze strony zespołu.
Stali czytelnicy mojego bloga zapewne zauważyli, że przez Triduum Paschalne konsekwentnie cytowałem fragmenty jednej z piosenek zespołu „Normalsi”. Nie czyniłem tego ze względu na jakieś szczególne bogactwo prawd wiary zawartych w tym utworze, ale dlatego, że skłoniła mnie on do spojrzenia na mękę Chrystusa z innej perspektywy: z perspektywy człowieka, dla którego zmartwychwstanie było czymś całkowicie abstrakcyjnym. I nie mam tu na myśli tylko Poncjusza Piłata. Dla wszystkich uczniów Jezusa jego męka i śmierć musiała być wielkim ciosem i tajemnicą — dlaczego Mesjasz ginie z ręki zaborcy śmiercią zbrodniarza? Dlaczego Ten, który miał wyzwolić dał się pojmać? Doprawdy, musiało to być całkiem nie do pojęcia, skoro jeszcze w Ogrójcu Piotr gotów był wyciągnąć miecz z pochwy, a parę godzin później nie był już nawet w stanie przyznać się do swego Mistrza.
Niech ucichną telefony,
Staną dworce i ulice,
Miasto wstrzyma oddech, przecież
W celi śmierci mrze Zbawiciel.
Żaden cud się tu nie zdarzy,
Cieśla zbije skrzynie z desek,
A ja wezmę od grabarzy
Garść śmierdzącej ziemi w kieszeń.
„Poncjusz Piłat”, Normalsi
Ty, Jeszua, jesteś sam;
Zginiesz jak w płomieniach ćma.
Sięgasz po coś, czego chcieć
To jak skazać się na śmierć.
„Poncjusz Piłat”, Normalsi
Niech ucichną dzwony
I niech przestaną krakać wrony.
Niech głodnemu psu kość rzucą,
Żeby zamilkł najedzony.
Niech nie słyszę nawet szmeru,
Spłoszonego nocą szczura.
Chcę milczenia per procura,
Skoro mam krzyżować Króla.
„Poncjusz Piłat”, Normalsi
Jako że mam w tym semestrze zajęcia z przedmiotu o wdzięcznej nazwie Kultura Języka Polskiego, czuję się nie tylko upoważniony, ale wręcz zobowiązany do tropienia błędów i potworków językowych. Niestety, słabe nerwy rzadko pozwalają mi zaprzątać sobie głowę błędami ortograficznymi czy frazeologicznymi. Dziś wezmę zatem na tapetę pewną manierę typograficzną.
Nie wiem, skąd się wziął ten dziwny pomysł, nie obchodzi mnie też, jakie znajdujecie dla niego uzasadnienia, jestem za to pewien jednego — pogrubienia w co drugim zdaniu po prostu mnie wkurzają. Powodów jest kilka:
Nie wiem, na ile to wczorajszy wieczór z poezją śpiewaną (organizowany przez Stowarzyszenie Civitas Christiana), a na ile lekka śnieżyca za oknem, która po raz kolejny w tym roku pokrzyżowała mi plany. W każdym razie pogrążam się w błogim spokoju. Jest tak cicho. Komputer wyłączony. Telewizora też nie ruszam. Książka. Na matówce jakoś ciekawiej ten mały świat dokoła mnie wygląda. Krótka modlitwa. Pytania, które ostatnio trochę utrudniają mi zasypianie. Nawet one nabierają sensu. W ciszy w środku dnia.
Jeszcze kilka miesięcy temu byłem święcie przekonany, że moje pieniądze są w banku bezpieczne, bo nawet w przypadku bankructwa część pieniędzy przecież bym odzyskał (skąd mi to przyszło do głowy?), a w przypadku innych katastrof, typu wojna czy najazd szarych istot o wielkich oczach, miałbym większe zmartwienia.
Obserwując jednak okołobankowe skutki kryzysu (w sumie przyczyny też są okołobankowe) w obu Amerykach, dochodzę do wniosku, że ludzka, w tym moja, naiwność nie zna granic. Dlatego, jak tylko zarobię swój pierwszy milion, zacznę lokować w nieruchomościach. Po pierwszym miliardzie zacznę zastanawiać się nad złotymi sztabkami. Choć w przypadku najazdu Szarych mogłoby się okazać, że złoto uległoby dewaluacji, na korzyść… hmmm, bo ja wiem… kalifornu na przykład.
Co zatem zrobić? Jeżeli wszystko będzie szło, jak dotychczas, będzie można zainwestować w opatentowanie twierdzenia Pitagorasa lub przynajmniej quicksorta. Dopóki będzie funkcjonować patentowy reżim, taka inwestycja pozwoli wyprodukować dużo kalifornowych sztabek, a raczej sztabeczek. A te należy umieścić w bezpiecznym sejfie lub, jeszcze sprytniej, bezpiecznych sejfach rozsianych po całym świecie. I gotowe!
Gdyby ktoś chciał skorzystać z mojego pomysłu, polecam izotop 249. Okres połowicznego rozpadu może rozczarować wasze wnuki, ale cena jest niezła.
Zastanawialiście się kiedyś, jak zabezpieczyć się przed atakiem wampirów lub zombi? A do tego być gotowym do odparcia inwazji obcych, watahy wilkołaków i radzieckiego wywiadu? Przydałaby się broń bardziej uniwersalna niż osikowy kołek, a zarazem tańsza niż laserowa rusznica. Okazuje się, że w polskich laboratoriach opracowano substancję, która „działa szkodliwie na wszelkie formy życia”. Ha! Jeżeli uznamy zombi za formę życia, to jestem bezpieczny, gdyż mam w domu tę śmiercionośną broń. Niestety, zobowiązany jestem do zachowania tajemnicy…
PS Wpis sponsoruje prószący z nieba biały syf, brunatna breja na ulicach oraz ciemnobure niebo, które to od kilku dni skutecznie utrudniają mi realizowanie fotograficznych planów na ferie.
Niedawno skończyłem czytać „Annę Kareninę” Lwa Tołstoja. Do klasyki literatury nie sięgałem już dawno, ale tym razem chodziło nie tylko o zapoznanie się z dobrą książką, ale także o podszkolenie języka, bo wybrałem wydanie w oryginale, tj. w języku rosyjskim. Niestety, czasu na czytanie nie miałem zbyt wiele, także z tekstem nie mogłem sobie popracować — gdy czegoś nie rozumiałem, po prostu to pomijałem. Na szczęście większe problemy sprawiły mi tylko nieliczne fragmenty traktujące o polityce czy ekonomii. „Anna Karenina” jest powieścią psychologiczną, z domieszką romansu, więc w większości traktuje o ludziach, ich charakterach i uczuciach, a to, jak się okazało, nie wymaga specjalistycznego słownictwa.
Jeżeli chodzi o samą treść, to bardzo przypadła mi do gustu. Może fabuła mnie nie porwała, ale nie nudziłem się poznając kolejnych bohaterów, bardzo plastycznie opisywanych przez Tołstoja. Na ogół trochę się gubię, gdy autor wprowadza wielu bohaterów i każe mi śledzić równolegle ich losy, ale tym razem miałem wrażenie, że każdego z nich poznałem osobiście, dzięki czemu łatwiej mi było poukładać sobie wszystko w głowie.
Krótko mówiąc, polecam tę pozycję. Polecam też spróbować przeczytać książkę w obcym języku. Daje to dodatkową frajdę.
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz chyżo zbliżającego się Nowego Roku, życzę Wam, moi drodzy Czytelnicy:
PS Miłośnikom noworocznych postanowień przypominam, że największą siłę mają postanowienia, które realizujemy od „tu i teraz”, nie od 1 stycznia czy od przyszłego tygodnia.
2007–2010 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.