Niektórzy z Czytelników pamiętają może ze lekcji geografii książkę „Świat w liczbach”. Był to zbiór danych statystycznych dotyczących świata i Polski. Nie była to szczególnie wciągająca lektura, niemniej niektóre tabelki były nawet interesujące. Dziś jednak mamy XXI wiek i osoby bardziej obeznane z zagadnieniami wizualizacji danych czują intuicyjnie, że tabelki to nie jest to, co tygryski lubią najbardziej. Oglądając jedną z prezentacji na stronie TED Conferences dowiedziałem się, że dla wszystkich zainteresowanych jest dostępne narzędzie o nazwie Gapminder, które w graficzny sposób prezentuje dane statystyczne dla wielu krajów z dziedzin takich jak zdrowie, ekonomia, środowisko naturalne czy demografia.
Co ważne, Gapminder jest bardzo intuicyjny w użyciu, dla wielu rodzajów informacji zawiera dane z szerokiego przedziału czasu (możliwa jest animacja wykresów, by obserwować zmiany na przestrzeni lat) i udostępnia genialną wizualizację, która posiada cztery wymiary:
Pozwala to na sprawną prezentację wielu informacji na raz i znacznie ułatwia analizę danych.
epic•ki; -c•cy; przymiotnik
ep•ic /ˈɛpɪk/ also ep•i•cal; adjective
Dla mniej kumatych — epicka podpowiedź.
Oczywiście, nie mam do nikogo pretensji, ba!, chętnie przyjmę całą tę epickość, jeżeli ktoś wyruguje z mediów celebrytę i mikrocelebrytę.
PS Nadal uważam, że prawdziwemu inżynierowi nigdy nie przejdzie przez gardło „10 amperów”. Zawsze i wszędzie pamiętajmy: „10 amper” i „12 wolt” — tylko wtedy wszystko będzie na dycht!
Jak zapewne wiemy z lekcji religii na okres adwentu należy przyjąć jakieś postanowienie. Niejedzenie cukierków jest już w moim wieku cokolwiek infantylne, zresztą, jako działanie pokutne, lepiej pasuje do Wielkiego Postu. Roraty to pomysł dobry w każdym wieku, ale wybitnie hardkorowy i czasem mam wrażenie, że ja już swoje wychodziłem, przynajmniej na wiele najbliższych lat. Musiałem zatem wymyślić coś oryginalnego.
Przypomniałem sobie, że w szkole zdarzyło się raz czy dwa na jakichś lekcji, że nauczyciel kazał nam zastanowić się nad naszymi wadami i zaletami; oczywiście, nie zmuszano nas do publicznego dzielenia się tymi przemyśleniami. Czemu to miało wówczas służyć — nie potrafię teraz powiedzieć, niemniej doszedłem do wniosku, że warto by powtórzyć ten eksperyment na nieco szerszą skalę. Postanowiłem zatem przez cały adwent codziennie zapisywać jedną swoją zaletę i jedną wadę, starając się w miarę możliwości unikać prostych schematów typu „łapię wiele srok za ogon” — „poszerzam horyzonty”. Chciałem dojść do jakichś nowych wniosków, a nie usprawiedliwiać się przed samym sobą.
W związku z niedawno wprowadzonym zakazem sprzedaży śmiercionośnych (bardziej niż papierosy czy tzw. „dopalacze”, bo te wciąż można sprzedawać) stuwatowych żarówek „Fakt” pisał o „bolszewickim terrorze ekologów”. Moje prywatne piekło zamarzło wtedy po raz pierwszy od wieków, bo nie tylko pochwaliłem ten brukowiec za ułańską fantazję, ale i przyznałem po części rację artykułowi zrównującemu z ziemią świetlówki.
Fenomen eschatologiczno-meteorologiczny powtórzył się parę dni temu, oto bowiem znów oburzyłem się na Unię Europejską i ze zdziwieniem (żeby nie użyć staropolskiego „z pewną taką nieśmiałością”) stanąłem w obronie Microsoftu, a w szczególności jego prawa do sprzedawania ludziom funkcjonalnych produktów.
We wtorek poprawiłem mój ostatni (do wtorku także jedyny) wynik na trasie Augustów–Gdańsk. Tym razem jechałem w drugą stronę. Podróż od drzwi do drzwi, a więc włącznie z dojazdem komunikacją miejską na wylotówkę zajęła jakieś 8,5h. Jechałem czterema samochodami. Kierowcy pierwszego dziękuję za zapiekankę i colę, drugiemu za firmową czapkę.
Koszt: 0PLN (w Gdańsku jechałem na dobowym skasowanym dzień wcześniej). Czas, jak mi się wydaje, bardzo dobry. Z domu wyszedłem jakiś kwadrans po szóstej, a w Kalinowie podwiozła mnie miła pani, która wyruszyła z Gdyni przed szóstą, co świadczy o niezłym tempie.
Zamiłowanie do butów uchodzi za cechę typowo kobiecą, ale gdy przyjrzycie się facetom w waszym otoczeniu, zauważycie, że niejeden od czasu do czasu lekko poświruje na tym punkcie — czasem chodzi o glany, czasem o firmowe buty sportowe z amortyzacją, czasem o buty do wspinaczki. Sam, choć nie przepadam za zakupami, z roku na rok coraz chętniej wybieram się na małe polowanie na buty. Lubię ten zapach (nowych butów!) i przyjemną świadomość, że ma się na nogach coś nowego.
Poza tym szukając kolejnej pary… hmmm… można się dowartościować. Gdy, chodząc po Galerii Bałtyckiej, widzę kilkanaście sklepów, w których można kupić buty (często wcale nie tanie), stwierdzam z dumą, że nie możemy żyć w biednym kraju. Wiarę moją podbudowują też odwiedziny w iSpocie (zaczynam rozumieć Apple'owych fanboyów). Szkoda tylko, że później wracam Konstalem 105Na, w którym rdza przeżera schody na wylot. Dobrze, że nie ma tłoku i nie muszę na nich stać.
Miałem zamiar opisać to na moim techblogu, ale że prowadzę go poza Joggerem, postanowiłem podzielić się tym z Wami tutaj, licząc na to, że zaraz ktoś mnie oświeci, jak pokonać i/lub zabezpieczyć się w Firefoksie przed takim kodem:
Nie klikaj, jeżeli nie jesteś pewien, że wiesz, co robisz!
Opera wyświetla w oknie komunikatu opcję, pozwalającą zablokować JavaScript. Firefox zaś radośnie się zapętla. Oczywiście, wyświetlenie komunikatu, blokuje wszystkie inne funkcje przeglądarki.
Gdy zaproponuje się komuś przejście dwóch przystanków tramwajowych często widzi się zdziwienie w oczach współrozmówcy. No bo jak to: iść taki kawał drogi, skoro można podjechać? Co prawda na tramwaj czy autobus trzeba czekać, do tego bywa toto zatłoczone, nierzadko telepie się niemiłosiernie, a czasem nawet śmierdzi (tak, tak…), ale podejść kilkaset metrów? W życiu!
Wstyd się przyznać, ale sam dwa lata temu psioczyłem na stare graty, którymi zmuszony byłem dojeżdżać na uczelnię. Jakby tego było mało, autobusy te uważały rozkład jazdy za równie zobowiązujący, jak horoskop z „Tele Tygodnia”. Niestety, przez myśl mi nie przeszło, że warto by sprawdzić, ile czasu zajmie dojście pieszo na uczelnię. Wyprawę tę szacowałem na co najmniej półtorej godziny, a więc nieco dłużej niż trwał dojazd. Kilka tygodni temu podjąłem się jednak odbycia spaceru na polibudę. Ku mojemu zdziwieniu wyrobiłem się w godzinę. Tylko że teraz dojazd mam znacznie wygodniejszy i szybszy (niech żyją tramwaje!). Niemniej postanowiłem, że od czasu do czasu wybiorę się na zajęcia pieszo.
„Poncjusz Piłat”, NormalsiBędę hojny — pójdziesz precz;
Twoje pismo, a mój miecz.
Wyrwij z niego słowa dwa,
Że królestwo Twoje trwa!
Utwór do pobrania ze strony zespołu.
Stali czytelnicy mojego bloga zapewne zauważyli, że przez Triduum Paschalne konsekwentnie cytowałem fragmenty jednej z piosenek zespołu „Normalsi”. Nie czyniłem tego ze względu na jakieś szczególne bogactwo prawd wiary zawartych w tym utworze, ale dlatego, że skłoniła mnie on do spojrzenia na mękę Chrystusa z innej perspektywy: z perspektywy człowieka, dla którego zmartwychwstanie było czymś całkowicie abstrakcyjnym. I nie mam tu na myśli tylko Poncjusza Piłata. Dla wszystkich uczniów Jezusa jego męka i śmierć musiała być wielkim ciosem i tajemnicą — dlaczego Mesjasz ginie z ręki zaborcy śmiercią zbrodniarza? Dlaczego Ten, który miał wyzwolić dał się pojmać? Doprawdy, musiało to być całkiem nie do pojęcia, skoro jeszcze w Ogrójcu Piotr gotów był wyciągnąć miecz z pochwy, a parę godzin później nie był już nawet w stanie przyznać się do swego Mistrza.
Niech ucichną telefony,
Staną dworce i ulice,
Miasto wstrzyma oddech, przecież
W celi śmierci mrze Zbawiciel.
Żaden cud się tu nie zdarzy,
Cieśla zbije skrzynie z desek,
A ja wezmę od grabarzy
Garść śmierdzącej ziemi w kieszeń.
„Poncjusz Piłat”, Normalsi
2007–2009 Mariusz Chilmon, Augustów – Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.