Gdy byłem dzieckiem, miałem głęboko zakorzenione przeczucie, że obok naszego świata istnieje jeszcze jakiś inny. Nie wiedziałem jak się tam dostać — czy trzeba znaleźć portal, przejść przez lustro, czy wskoczyć do studni (na szczęście nie przyszło mi do głowy próbować).
Dziś wiem, że tam po prostu nie można się dostać, w końcu lustro to tylko lustro, odbija fale elektromagnetyczne i nic ponadto, żadnej magii w nim nie ma. Jednak nie jest wykluczone, że jakaś część każdego z nas mieszka po drugiej stronie i niekiedy udaje się podejrzeć, jak gdzieś obok coś przemyka. Czasem to czarny cień, czasem wesoły ognik. Zupełnie jakby w oku obok plamki żółtej był mały pęczek nerwów zakończonych receptorami czułymi na te nieliczne promyki światła, które wpadają do nas stamtąd.
Niektórym ludziom wydaje się, że byłoby wspaniale móc zobaczyć ten drugi świat w pełnej krasie — nawet jeżeli nie mogliby niczego dotknąć, to z pozoru tak wspaniale byłoby przekonać się, jak tętni życiem, kipi emocjami, jak szeptem wypowiedziane słowo wywołuje w nim burzę. Ja myślę, że to mogłoby nas zabić, choć wcale nie twierdzę, że zabiłoby nas przerażenie, może wręcz przeciwnie — nie chcielibyśmy tu wracać.
Ale to tylko moje bajania. Oczywiście, można gadać godzinami, ale są światy, na które brak słów. Zresztą zobaczcie sami.
Zauważyłem, że Internauci pisząc o politykach, częściej chyba niż w jakiejkolwiek innej sytuacji, używają wszelkiej maści przezwisk i kalamburów. Myślałem, że może się tylko czymś zasugerowałem i wrażenie jest fałszywe, ale przedwczorajszy wpis torero przekonał mnie o słuszności założonej tezy. Język tego wpisu, z całym szacunkiem dla autora lubianego przeze mnie bloga, bierze już kurs na fowizm inspirowany pismem pokemoniastym i wymaga pewnej gimnastyki umysłowej przy rozszyfrowywaniu właściwej treści.
Mam świadomość, że moje problemy wynikają w dużej mierze z nieznajomości aktualnych trendów w polityce. Ba!, jako entuzjasta Wolnego Oprogramowania i wolnej kultury sam lubię użyć błyskotliwego sformułowania w rodzaju „Micro$oft”, „Winzgroza”, „MAFIAA” czy „szMATLAB”. Blogując staram się jednak ograniczać co najwyżej do drobnych manipulacji w rodzaju zastępowania wyrażenia „system operacyjny Windows” frazą „środowisko Windows”, czy „przeglądarka Internet Explorer” — „program Internet Explorer”. Zresztą nawet gdybym chciał, nie dorównałbym niektórym w wyławianiu wewnątrz wyrazów sylab „po” i „pis” i zapisywaniu ich wielkimi literami.
To chyba jednak wyraz jakiejś politycznej nieświadomości napisać „Lech Kaczyński” zamiast „Kaczor” czy „Donald Tusk” zamiast „Słoneczko”. (To ostatnie określenie jest zresztą genialne — czułe „Słoneczko” użyte do wyrażenia dezaprobaty, a czasem nawet pogardy).
„Inferno” to polski film z 2001 roku w reżyserii Macieja Pieprzycy. Jest dostępny na stronach TVP i można go obejrzeć on-line.
O „Inferno” nigdy wcześniej nie słyszałem, mimo iż niewątpliwie warte jest uwagi. Film opowiada historię trzech licealistek: Baśki, zwanej Xeną, Anki i Ingi, czyli Inez. Szczerze mówiąc, z początku nieco się zniechęciłem do oglądania, w czym niemały udział miała kreacja Katarzyny Bujakiewicz, która wcieliła się w rolę „słodkiej idiotki” Ingi. Ot, zapowiada się kolejny głupawy film o młodzieży, pomyślałem sobie, ale już za chwilę zmieniłem zdanie i wciągnąłem się w akcję.
Akcja ukazana jest nieco achronologicznie, ale bez zbędnego chaosu. Zabieg ten nie tylko urozmaica fabułę, ale ułatwia porównanie różnych postaw i zachowań tych samych osób. Muzyka dobrze wpasowuje się w klimat poszczególnych scen. W filmach o młodzieży zawsze obawiam się przede wszystkim dwóch rzeczy. Po pierwsze — zbyt dojrzale wyglądających aktorów — tu Monika Kwiatkowska grająca Xenę wydała mi się zdecydowanie zbyt poważna, okazało się jednak, że pasuje to do jej postaci. Po drugie — naturalizmu budowanego przede wszystkim przez wulgaryzację języka i zachowań. Na szczęście „Inferno” mimo mrocznego klimatu i ciężkiej tematyki posługuje się bardziej wyrafinowanymi środkami wyrazu niż zastąpienie w scenariuszu wszystkich przecinków panią lekkich obyczajów.
Przy okazji wpisu o „minidrukarni” Expresso Book Machine na blogu kkk quest przywołał sprawę udostępniania przez Paula Coelho swoich własnych książek na blogu. Myliłby się jednak ten, kto podejrzewałby sławnego pisarza o wspieranie wolnej kultury. Nie, Coelho beztrosko łamie prawa swoich wydawców i tłumaczy. Sam fakt łamania praw majątkowych do własnych utworów nie budzi we mnie szczególnego zgorszenia — nie wiem, co podpisywał autor „Alchemika”, ale to jest sprawa między nim a wydawcą (no i tłumaczami). Za to wkurza mnie, że promuje on piractwo zamiast wolnej kultury.
Już od dawna, zwłaszcza w branży muzycznej, obserwuję modę na jeżdżenie po wydawcach. Domyślam się, że muzycy mają powody do zdenerwowania, szkoda tylko, że swej złości dają upust zachęcając do piractwa, zamiast skupić się na legalnej dystrybucji swoich utworów np. na licencji Creative Commons. Rozumiem, że chciałoby się mieć i trochę kasy z wytwórni, i zdobyć fanów wśród ludzi nienawykłych do kupowania płyt, ale wydaje mi się to trącić hipokryzją.
Oczywiście, nagłaśnianie wyzysku twórców przez wydawców, czy po prostu pokazywanie nowych metod dystrybucji, może wywrzeć pozytywny wpływ na rozwój prawa autorskiego, czy jednak nie jest to raczej niedźwiedzia przysługa? Grupa zbuntowanych „autopiratów”, którzy prędzej czy później i tak wrócą do wytwórni z podkulonym ogonem to nie jest to, czego mogliby sobie życzyć entuzjaści wolnej kultury. Mnie znacznie bardziej cieszy każdy artysta, który choć część swojej twórczości udostępnia za darmo, ale legalnie — dając jasno do zrozumienia, że tak się da, że to mu się opłaca; a przy okazji nie robiąc kłopotów tym, którzy pobierają jego utwory.
Jak zapewne wiemy z lekcji religii na okres adwentu należy przyjąć jakieś postanowienie. Niejedzenie cukierków jest już w moim wieku cokolwiek infantylne, zresztą, jako działanie pokutne, lepiej pasuje do Wielkiego Postu. Roraty to pomysł dobry w każdym wieku, ale wybitnie hardkorowy i czasem mam wrażenie, że ja już swoje wychodziłem, przynajmniej na wiele najbliższych lat. Musiałem zatem wymyślić coś oryginalnego.
Przypomniałem sobie, że w szkole zdarzyło się raz czy dwa na jakichś lekcji, że nauczyciel kazał nam zastanowić się nad naszymi wadami i zaletami; oczywiście, nie zmuszano nas do publicznego dzielenia się tymi przemyśleniami. Czemu to miało wówczas służyć — nie potrafię teraz powiedzieć, niemniej doszedłem do wniosku, że warto by powtórzyć ten eksperyment na nieco szerszą skalę. Postanowiłem zatem przez cały adwent codziennie zapisywać jedną swoją zaletę i jedną wadę, starając się w miarę możliwości unikać prostych schematów typu „łapię wiele srok za ogon” — „poszerzam horyzonty”. Chciałem dojść do jakichś nowych wniosków, a nie usprawiedliwiać się przed samym sobą.
Każdy ma prawo do ochrony prawnej życia prywatnego, rodzinnego, czci i dobrego imienia oraz do decydowania o swoim życiu osobistym.
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, Art. 47.
Ograniczenia w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób. Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw.
Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, Art. 31. (zaznaczenie własne)
Po publikacji w rp.pl artykułu „Poseł Brejza na celowniku pedofilów” w Polnecie zawrzało. W szczególności oburzenie wykopowiczów, zdaje się, sięgnęło zenitu, bo autorka rzeczonego tekstu, Izabela Kacprzak, musiała dodać sprostowanie, w którym wyjaśnia, iż nie odsądza od czci i wiary wszystkich użytkowników Wykopu, a tylko trzech.
O co poszło? Otóż poseł na sejm, Krzysztof Brejza, napisał na swojej stronie internetowej, iż złożył interpelację w sprawie pedofilów rozpowszechniających w Internecie dziecięcą pornografię, którzy do swojej przestępczej działalności używają ogólnoświatowej sieci o nazwie TOR
i niezbędne byłoby podjęcie zdecydowanych i prowadzonych na dużą skalę działań, mających na celu likwidację tego bulwersującego procederu
. Pani Kacprzak dotarła do bardziej szczegółowych informacji i czytamy w jej artykule, że Brejza wprost apelował, by wprowadzić zakaz używania oprogramowania umożliwiającego korzystanie z systemu TOR
.
Na początku studiów, gdy przyjeżdżałem do domu, Augustów wydawał mi się dziwnie mały. Nie, Gdańsk nigdy nie był dla mnie nienaturalnie wielki, to moje rodzinne miasto nagle skurczyło się, jakby przycupnęło cichutko nad Nettą. Zupełnie tak jak pewne rzeczy i miejsca z dzieciństwa, które, dawniej tajemnicze i bezgranicznie olbrzymie, wraz z wiekiem okazują się być całkiem zwyczajne i wcale niewielkie.
Uczucie to opuściło mnie po kilku kursach między Trójmiastem a Ziemią Augustowską. Od dawna Augustów znów ma normalne rozmiary — zarówno w przestrzeni, jak i w umyśle. Tylko spokój jesiennych i zimowych wieczorów pozostał przyjemnym urozmaiceniem.
Kilka tygodni temu pisałem o piramidalnej bzdurze, jaką jest ograniczanie Microsoftu w kwestii funkcjonalności ich, i tak już ubogiego, systemu operacyjnego. Okazuje się, że podobna paranoja dosięgła Linuksa, a konkretnie dystrybucji openSUSE. Wyjątkowo nie chodzi o patenty i utrudnianie odtwarzania DVD czy MP3, ale o wyłączenie nieprawomyślnej technologii, która okazuje się złem wcielonym sama w sobie.
Tym złem jest DHT, umożliwiająca wymianę plików w sieci BitTorrent bez pośrednictwa trackera. Ponieważ DHT może posłużyć do przesyłania nielegalnych plików (bo z jakiego innego powodu?), postanowiono nie wkompilowywać jej do programu Transmission, by przypadkiem nie narazić się niemieckim władzom. Jak czytamy na OSnews.pl:
Niedawno Karol Zalewski pisał o problemach z długoterminowym archiwizowaniem danych: starzejącymi się nośnikami i brakiem wsparcia dla starych formatów dokumentów czy systemów plików. Od strony technologicznej jest to dosyć ciekawe i bardziej, niż by się to mogło na pierwszy rzut oka wydawać, złożone zagadnienie, ale myślę, że w przypadku archiwów publicznych, przy odpowiednim nakładzie kosztów, można by zrealizować jakiś system o trwałości rzędu stu lat. Później można przecież dokonać konwersji na kolejny okres czasu i tak aż do upadku cywilizacji.
Może trochę upraszczam, ale to dlatego, że dziś bardziej interesuje mnie to, czy problem dotyczy moich własnych materiałów. Od czasu założenia mojej pierwszej strony internetowej z roku na rok produkuję coraz więcej treści. Wciąż nie dorobiłem się jeszcze systemu archiwizacji z prawdziwego zdarzenia i tylko bieżące projekty otoczone są jakąś konkretną troską, a nad ich bezpieczeństwem czuwa Mercurial na zewnętrznym serwerze lub Dropbox. Reszta jest archiwizowana raz do roku (albo i rzadziej) na DVD, co trudno nazwać profesjonalnym rozwiązaniem.
Zauważyłem u siebie z pozoru dziwną tendencję: przeglądając blogi i serwisy z newsami często tylko rzucam okiem na post lub artykuł, a skupiam się na komentarzach. Oczywiście mówię tu o serwisach, gdzie komentarze są jeszcze w miarę rzeczowe, ale i tak z pozoru wydaje się to bezsensowne, bo w przypadku głównego tekstu ktoś przecież usiadł, przejrzał źródła, napisał kilka…kilkanaście przemyślanych akapitów i je opublikował, a komentarze na ogół powstają ad hoc, na dodatek czytane w oderwaniu od artykułu, do którego się odnoszą, powinny być raczej niejasne i mniej wartościowe.
Pozory jednak mylą i po chwili zastanowienia przychodzi do głowy całkiem sporo argumentów przemawiających za moim podejściem.
2007–2009 Mariusz Chilmon, Augustów – Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.