W piramidzie potrzeb Abrahama Maslowa pragnienie afiliacji, a więc akceptacji i poczucia przynależności do społeczności, znajduje się pośrodku, jest zatem mniej fundamentalne od potrzeb fizjologicznych, ale wciąż ważniejsze od chęci zyskania uznania i osiągnięcia samorealizacji. Łatwo wyprowadzić stąd ludzką skłonność do konformizmu, który, owszem, spaja społeczeństwo i ułatwia nam obcowanie z innymi, ale często prowadzi do mentalnej ślepoty i głuchoty, skąd już najkrótsza droga do ich drogiej towarzyszki — głupoty.
Zauważyłem jednak, że każdy ma w sobie mechanizm, który stara się pogodzić potrzeby afiliacji z jednej, a uznania i samorealizacji z drugiej strony. Nie zgodzicie się może z moją interpretacją takich zachowań, ale z pewnością nieraz zauważyliście schematy pt. „posłuchaj, jaki to świetny kawałek, na pewno ci się spodoba”, „spróbuj, to bardzo łatwe i daje mnóstwo frajdy”, „jak mogłeś o tym nie wiedzieć, przecież to zna każdy” itp. Czasem nastawiamy się bardziej na podkreślenie naszego osobistego gustu czy zapatrywania, czasem uwypuklamy powszechność jakiegoś sądu, ale zawsze jesteśmy święcie przekonani, że jesteśmy po tej słusznej stronie i chcemy przekabacić drugą osobę, by i ona dołączyła do grona oświeconych. Tym sposobem zachowujemy własne (a ściślej: tak samodzielnie wypracowane, jak i wchłonięte na drodze introjekcji) poglądy, a jednocześnie dążymy do stanu, w którym nie będziemy wyróżniać się innością.
Ludzie nie lubią przypadku. Bardzo. Jakakolwiek koincydencja ciekawszych zdarzeń bezwiednie rodzi silne domniemania o istnieniu jakiejś implikacji (przy czym poprzednik i następnik dobierane są wedle światopoglądu lub w drodze rzutu monetą), a zjawiska ewidentnie stochastyczne, jak losowanie Lotto, obrastają w grube warstwy mitów, niczym studenckie talerze w tłuszcz i okruszki. Świadomość, iż losowania są od siebie niezależne a kuleczki nie wiedzą, jakie liczby są na nich wypisane, ociera się o metafizyczną iluminację i nawet znajomość rachunku prawdopodobieństwa z trudem zaciera głęboko wyryte ścieżki naszych myśli, krzyczących jednogłośnie, że wypadnięcie czwórki po jedynce, dwójce i trójce jest czymś co najmniej nieprzyzwoitym — dwunastka jest zupełnie prawdopodobna, ale akurat czwórka znacznie mniej.
Zabobony związane z grami liczbowymi są jednak co najwyżej zabawne lub irytujące — żadnej tajemnicy tu nie ma, chyba że ktoś interesuje się psychokinezą lub innym zaginaniem strumieni prawdopodobieństwa. Ciekawsze są kwestie predestynacji czy kismetu. Idziesz ulicą, spotykasz starego kumpla, w trakcie rozmowy okazuje się, że ma on wielki problem, który potrafisz rozwiązać. Przypadek, Opatrzność czy wpływ gwiazd? Modlisz się, otwierasz Pismo Święte i uderza Cię Słowo. Właśnie to, jakiego potrzebowałeś. Przypadek, Opatrzność czy doszukiwanie się na siłę przyczynowości tam, gdzie jej nie ma? A może wszystko po trochu?
Obejrzawszy „The Magic Mile”, byłem przekonany, że ta krótkometrażówka ma optymistyczny wydźwięk, ale nie mogłem odkryć, co pozytywnego jest w tym, iż nawet, gdy dotyka nas cud, wystarczy przejść parę kroków, by znów upaść? Czy można wyciągnąć jakieś dobro z tego, iż tylko na chwilę otworzyły się nam oczy lub uszy? Czy nie jest tak, że tęsknota za czymś, co mieliśmy na tak krótko będzie stokroć większa niż ta, którą odczuwaliśmy, gdy tęskniliśmy za nieznanym?
Odpowiedź przyszła niespodziewanie, w wywiadzie z Agnieszką Chylińską:
Wiem, że ten moment, który dzisiaj mam, jest mi dany tylko na teraz. Wiem, że za moment powrócą wszelkie złe demony i będą chciały mnie przekabacić. […] Mam nadzieję, że mam już dobrą zbroję, że mam już dobry miecz, […] tę zręczność, tę siłę, by poradzić sobie z tym, co będzie na mnie czyhało.
Agnieszka Chylińska w wywiadzie Marcina Prokopa
Spotykają nas chwile, krótsze lub dłuższe, gdy świat wiruje dokoła nas, gdy wydaje się, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Później nierzadko przychodzi uczucie pustki i rozczarowanie powrotem do rzeczywistości, która wydaje się nam jeszcze bardziej szara niż na początku. Nie wolno wtedy marnować tego, co się przeżyło. Nie wolno poddawać się tęsknocie i udawać, że rzecz mogła trwać wiecznie. Trzeba ten zawód przekuć na radosne wspomnienie, a pragnienie cofnięcia się w czasie na siłę, pchającą nas w przyszłość.
Nie wolno dać sobie wyrwać takich chwil ani stać się ich więźniem.
Dlaczego dziś się tak nie buduje? Dlaczego, jeżeli jakiś budynek mi się podoba, to na ogół ma co najmniej 50 lat? Dlaczego o nowych budynkach na ogół najlepsze co mogę powiedzieć to „Przynajmniej nie wygląda jak grobowiec”, ewentualnie „Nawet pomysłowe i funkcjonalne”?
Owszem, trafiają się perełki, nie jest bowiem tak, że skreślam wszystko, co nowoczesne, jednak to wtedy, gdy patrzę na dopracowany po praktycznie niewidoczne z ziemi detale budynek Dworca Głównego w Gdańsku, mogę bez zastrzeżeń i z zachwytem stwierdzić, że to po prostu arcydzieło!
Zastanawiałem się, czy to kwestia kosztów, czy zwyczajnej zmiany stylu w sztuce architektonicznej, ale przypomniałem sobie o Bazylice Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu (sama nazwa budynku sugeruje, czego się spodziewać), ukryłem twarz w dłoniach, zaszlochałem i doszedłem do przykrego wniosku, że nikt już nie potrafi budować tak, jak kiedyś, nawet jeżeli bardzo tego chce…
Pisałem ostatnio o pomaganiu, a dziś chciałbym do tego tematu nawiązać. Na Wykopie pojawił się wątek sugerujący, że w serwisie SiePomaga internauci chętniej wspierają zwierzęta niż dzieci. Mniejsza o to, czy tak jest w rzeczywistości — nie chcę na podstawie kilku liczb wydawać sądów o społeczeństwie. Myślę jednak, że warto zaznaczyć, co o tej całej pomocy zwierzętom myślę.
Każdy ponosi odpowiedzialność za to, co przynosi na świat poprzez labirynt jego duszy.
Siergiej Łukjanienko, „Jesienne wizyty”
Najmniejsze poruszenie oddziaływa na całą naturę; morze całe zmienia się od jednego kamyka. Tak w łasce najmniejszy uczynek wpływa przez swoje następstwa na wszystko. Wszystko jest zatem ważne.
W każdym uczynku trzeba zważać, poza uczynkiem, nasz stan obecny, przeszły, przyszły i stan innych osób, na które oddziaływa; i widzieć związki wszystkich tych rzeczy. A wówczas będziemy bardzo powściągliwi.
Blaise Pascal, „Myśli”
Nie jestem miłośnikiem odnoszenia teorii efektu motyla do codziennego życia i to nie dlatego, iżbym uważał, że wszystko jest przyciągane przez jakiś atraktor, ale dlatego, że bije od niej czymś w rodzaju fatalizmu. Jeżeli bowiem wszystko wpływa na wszystko, na dodatek w sposób nieliniowy (a więc drobna zmiana stanu początkowego może owocować raz drobną a raz olbrzymią zmianą stanu końcowego), to nasze życie przypomina taniec w składzie porcelany — jest parodią samego siebie i skłania raczej do tego, by zatrzymać się, usiąść i nic nie robić. Tyle tylko, że decyzja o bierności, jak każda inna, pociąga za sobą skutki, które z kolei pociągają za sobą kolejne reakcje i tak w nieskończoność.
Gdy byłem dzieckiem, miałem głęboko zakorzenione przeczucie, że obok naszego świata istnieje jeszcze jakiś inny. Nie wiedziałem jak się tam dostać — czy trzeba znaleźć portal, przejść przez lustro, czy wskoczyć do studni (na szczęście nie przyszło mi do głowy próbować).
Dziś wiem, że tam po prostu nie można się dostać, w końcu lustro to tylko lustro, odbija fale elektromagnetyczne i nic ponadto, żadnej magii w nim nie ma. Jednak nie jest wykluczone, że jakaś część każdego z nas mieszka po drugiej stronie i niekiedy udaje się podejrzeć, jak gdzieś obok coś przemyka. Czasem to czarny cień, czasem wesoły ognik. Zupełnie jakby w oku obok plamki żółtej był mały pęczek nerwów zakończonych receptorami czułymi na te nieliczne promyki światła, które wpadają do nas stamtąd.
Niektórym ludziom wydaje się, że byłoby wspaniale móc zobaczyć ten drugi świat w pełnej krasie — nawet jeżeli nie mogliby niczego dotknąć, to z pozoru tak wspaniale byłoby przekonać się, jak tętni życiem, kipi emocjami, jak szeptem wypowiedziane słowo wywołuje w nim burzę. Ja myślę, że to mogłoby nas zabić, choć wcale nie twierdzę, że zabiłoby nas przerażenie, może wręcz przeciwnie — nie chcielibyśmy tu wracać.
Ale to tylko moje bajania. Oczywiście, można gadać godzinami, ale są światy, na które brak słów. Zresztą zobaczcie sami.
Zauważyłem, że Internauci pisząc o politykach, częściej chyba niż w jakiejkolwiek innej sytuacji, używają wszelkiej maści przezwisk i kalamburów. Myślałem, że może się tylko czymś zasugerowałem i wrażenie jest fałszywe, ale przedwczorajszy wpis torero przekonał mnie o słuszności założonej tezy. Język tego wpisu, z całym szacunkiem dla autora lubianego przeze mnie bloga, bierze już kurs na fowizm inspirowany pismem pokemoniastym i wymaga pewnej gimnastyki umysłowej przy rozszyfrowywaniu właściwej treści.
Mam świadomość, że moje problemy wynikają w dużej mierze z nieznajomości aktualnych trendów w polityce. Ba!, jako entuzjasta Wolnego Oprogramowania i wolnej kultury sam lubię użyć błyskotliwego sformułowania w rodzaju „Micro$oft”, „Winzgroza”, „MAFIAA” czy „szMATLAB”. Blogując staram się jednak ograniczać co najwyżej do drobnych manipulacji w rodzaju zastępowania wyrażenia „system operacyjny Windows” frazą „środowisko Windows”, czy „przeglądarka Internet Explorer” — „program Internet Explorer”. Zresztą nawet gdybym chciał, nie dorównałbym niektórym w wyławianiu wewnątrz wyrazów sylab „po” i „pis” i zapisywaniu ich wielkimi literami.
To chyba jednak wyraz jakiejś politycznej nieświadomości napisać „Lech Kaczyński” zamiast „Kaczor” czy „Donald Tusk” zamiast „Słoneczko”. (To ostatnie określenie jest zresztą genialne — czułe „Słoneczko” użyte do wyrażenia dezaprobaty, a czasem nawet pogardy).
„Inferno” to polski film z 2001 roku w reżyserii Macieja Pieprzycy. Jest dostępny na stronach TVP i można go obejrzeć on-line.
O „Inferno” nigdy wcześniej nie słyszałem, mimo iż niewątpliwie warte jest uwagi. Film opowiada historię trzech licealistek: Baśki, zwanej Xeną, Anki i Ingi, czyli Inez. Szczerze mówiąc, z początku nieco się zniechęciłem do oglądania, w czym niemały udział miała kreacja Katarzyny Bujakiewicz, która wcieliła się w rolę „słodkiej idiotki” Ingi. Ot, zapowiada się kolejny głupawy film o młodzieży, pomyślałem sobie, ale już za chwilę zmieniłem zdanie i wciągnąłem się w akcję.
Akcja ukazana jest nieco achronologicznie, ale bez zbędnego chaosu. Zabieg ten nie tylko urozmaica fabułę, ale ułatwia porównanie różnych postaw i zachowań tych samych osób. Muzyka dobrze wpasowuje się w klimat poszczególnych scen. W filmach o młodzieży zawsze obawiam się przede wszystkim dwóch rzeczy. Po pierwsze — zbyt dojrzale wyglądających aktorów — tu Monika Kwiatkowska grająca Xenę wydała mi się zdecydowanie zbyt poważna, okazało się jednak, że pasuje to do jej postaci. Po drugie — naturalizmu budowanego przede wszystkim przez wulgaryzację języka i zachowań. Na szczęście „Inferno” mimo mrocznego klimatu i ciężkiej tematyki posługuje się bardziej wyrafinowanymi środkami wyrazu niż zastąpienie w scenariuszu wszystkich przecinków panią lekkich obyczajów.
Przy okazji wpisu o „minidrukarni” Expresso Book Machine na blogu kkk quest przywołał sprawę udostępniania przez Paula Coelho swoich własnych książek na blogu. Myliłby się jednak ten, kto podejrzewałby sławnego pisarza o wspieranie wolnej kultury. Nie, Coelho beztrosko łamie prawa swoich wydawców i tłumaczy. Sam fakt łamania praw majątkowych do własnych utworów nie budzi we mnie szczególnego zgorszenia — nie wiem, co podpisywał autor „Alchemika”, ale to jest sprawa między nim a wydawcą (no i tłumaczami). Za to wkurza mnie, że promuje on piractwo zamiast wolnej kultury.
Już od dawna, zwłaszcza w branży muzycznej, obserwuję modę na jeżdżenie po wydawcach. Domyślam się, że muzycy mają powody do zdenerwowania, szkoda tylko, że swej złości dają upust zachęcając do piractwa, zamiast skupić się na legalnej dystrybucji swoich utworów np. na licencji Creative Commons. Rozumiem, że chciałoby się mieć i trochę kasy z wytwórni, i zdobyć fanów wśród ludzi nienawykłych do kupowania płyt, ale wydaje mi się to trącić hipokryzją.
Oczywiście, nagłaśnianie wyzysku twórców przez wydawców, czy po prostu pokazywanie nowych metod dystrybucji, może wywrzeć pozytywny wpływ na rozwój prawa autorskiego, czy jednak nie jest to raczej niedźwiedzia przysługa? Grupa zbuntowanych „autopiratów”, którzy prędzej czy później i tak wrócą do wytwórni z podkulonym ogonem to nie jest to, czego mogliby sobie życzyć entuzjaści wolnej kultury. Mnie znacznie bardziej cieszy każdy artysta, który choć część swojej twórczości udostępnia za darmo, ale legalnie — dając jasno do zrozumienia, że tak się da, że to mu się opłaca; a przy okazji nie robiąc kłopotów tym, którzy pobierają jego utwory.
2007–2010 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.