Szukałem dziś informacji na temat łamania zabezpieczeń w mikrokontrolerach. Programowalne układy scalone, w tym mikrokontrolery, mają na ogół możliwość zabezpieczenia pamięci programu i pamięci danych przed odczytem, by konkurencja nie mogła skopiować produktu, użytkownik zmodyfikować firmware’u, a cwany importer „bezwypadkowych” aut skasować z komputera pokładowego informacji o odpaleniu poduszki powietrznej. Posiadanie elementarnej wiedzy o funkcjonowaniu obserwowalnego Wszechświata każe przypuszczać, że tego rodzaju zabezpieczenie, jak każde inne wymyślone przez człowieka, może być przez człowieka (i to niekoniecznie tego samego!) złamane. Wyobraźcie sobie więc moje zdziwienie, gdy na AVR Freaks napotkałem taki kwiatek, będący odpowiedzią na ofertę wyciągania wsadów z popularnych AVR-ów:
My two cents....
to the one who redeems to be able to hack avrs :
No I am not intrested to let you hack my atmels and No I don't think anyone is intrested unless they have bad intentions and Yes i hope you bang your head to the wall hard enough to forget how to get them unlocked... am I crystalclear??
to those from atmel who monitor this site :
So is this true or just bluff about a bug that can unlock an avr device? I want my code to be SAFE when I want it to be, and especially if the datasheet says so! so please if it is true , I urge you to do something about it, if not for me then for the other big ones using your products in their applications... and maybe if it is a built in backport to rescue or hack very important data then that information should never have left the atmel factory...
Jest olbrzymia grupa słów, których znaczenia przebarwiono, które połączono ciasną siecią skojarzeń z innymi, niewłaściwymi dla nich, słowami, przez co nierzadko patrzymy na świat w krzywym zwierciadle. W tym zbiorze jest też klasa terminów szczególnie istotnych, a przy tym jasnych i zrozumiałych, ale zaniedbanych — mówi się o nich za mało, by mogły coś zdziałać. Niestety, do tego worka często trafia wytrwałość. Zastanów się chwilę, z czym kojarzy Ci się to słowo. Mnie zaraz przychodzi na myśl praca, wysiłek, rzetelność, sukces, ale też ośli upór, zmęczenie i porażka, bo odbieram wytrwałość jako coś trudnego.
Kojarzy mi się też wytrwałość z testem pianki, którego autorem jest Walter Mischel z Uniwersytetu Stanfordzkiego. Ten eksperyment wykazał, że dzieci, które są w stanie powstrzymać się kilkanaście minut przed zjedzeniem słodkiej pianki (polecam nagrania z różnych wydań tego doświadczenia — buzia sama się uśmiecha), by w nagrodę dostać drugą, wyraźnie lepiej radzą sobie w życiu i osiągają sukcesy tak zawodowe, jak i osobiste. Ale zdolność odroczenia gratyfikacji to tylko jedna ze składowych wytrwałości i to ta mniej przyjemna — nie wolno wszak zapominać, że wytrwałość to także konsekwentność, szacunek wobec własnych zasad i wartości, sposób na wyciskanie z życia tego, co najlepsze, a przede wszystkim pewna droga do sukcesu. Oczywiście, wytrwałość hartuje się w porażkach, bez których o żadnej nieustępliwości nie może być mowy — jeżeli chcesz być wytrwały, automatycznie zgadzasz się na upadki — jest to transakcja wiązana i jedno z fundamentalnych praw przyrody, jak to, które mówi, że nie ma odwagi tam, gdzie nie ma strachu.
Kilkanaście dni temu byłem w Łodzi na sesji „Narodzeni z Ducha”. Te dwudniowe rekolekcje przyniosły kilka ważnych myśli, które zadziwiająco mocno zmieniły moje postrzeganie rzeczywistości. Szczególnie wersety, na które zwrócił uwagę podczas jednej z konferencji o. Fabian Błaszkiewicz, zaskoczyły mnie, choć nie powinny, bo podobne idee pojawiały się już na moim blogu.
Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. […] Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi.
Pwt 30,15.19-20
Położył przed tobą ogień i wodę,
po co zechcesz, wyciągniesz rękę.
Przed ludźmi życie i śmierć,
co ci się spodoba, to będzie ci dane.
Syr 15,16-17
Tak jednak jest z człowiekiem, że może objąć rozumem niejedną tajemnicę, przyswoić ją sobie, a później propagować, cały czas nie mogąc jej wcielić w życie z braku jakiegoś nieuchwytnego niuansu. Na ogół nie jest to żaden szczegół merytoryczny, a clou sprawy to przyjęcie tej wiedzy przez serce, które ma swój własny rozum. Czasem wymaga to spojrzenia z nowej perspektywy, czasem emocjonalnego impulsu z zewnątrz, a czasem (sądzę nawet, że bardzo często) — zaufania.
Ty utkałeś mnie w łonie mej matki.
Ps 139, 13
Z nicości wydarłeś roztysiącznioną myślą
gwiaździste struny, ciągnione przez eony.
Zaparłeś o kolumny wszechświata ramę harfy,
na której zagrałeś swoim tchnieniem
dźwięki mego prawdziwego imienia,
aż wyryło się w jądrach planet i rytmie pulsarów,
bym mógł je odnaleźć po wiekach.
Rozpędziłeś płomień gwiazd w szalonym biegu,
wydałeś je na śmierć, jak posłaniec wierzchowca;
z ich serc zrodziłeś glinę na me ciało
i wiatr w koronach ciemnych ostępów
na osnowę mojej duszy.
I rzekłeś echem, co do dziś rozbrzmiewa:
„Przeklęty bądź od dnia narodzin
po dziesięciokroć każdego ranka,
gdy zaniedbasz natchnienia moje.
Nie zaznasz spokoju ani na ziemi, ani w niebie,
ani na polu walki, ani w łożu kobiety;
szukać będziesz swego imienia,
od wschodu do zachodu słońca
i przy świetle księżyca,
a Ja dam ci je poznać na miarę twego uporu,
aż zapałasz tęsknotą niewygasającą.
Błogosławić ci będę odtąd na wieki,
byś nie porzucił jego dźwięku,
byś nie zapomniał swego imienia
i nie odszedł od tego, na co cię stworzyłem.
U stóp moich porzucisz trwogę i smutek,
a przyodziejesz się w mądrość i moc,
bo przyrzekłem ci, że wstąpisz do mej chwały.”
Rozbiłem więc stągiew pełną goryczy i żółci,
rozdarłem mą szatę i oddałem na spalenie.
Członki swe namaściłem oliwą,
przyodziałem się natychmiast w biel
i pasem złotym przepasałem biodra.
Porzuciłem ciemną jaskinię i legowisko szakala,
a pośród pól Baszanu wzniosłem dom,
twierdzę warowną i niezmożoną,
umocnioną Twoją prawicą, jak mi przyobiecałeś.
Tak odzyskałem wzrok, a pierś ma nabrała tchu;
na powrót władam mieczem żelaznym
i krok mój już się nie chwieje, bo narodziłem się w Panu.
W piramidzie potrzeb Abrahama Maslowa pragnienie afiliacji, a więc akceptacji i poczucia przynależności do społeczności, znajduje się pośrodku, jest zatem mniej fundamentalne od potrzeb fizjologicznych, ale wciąż ważniejsze od chęci zyskania uznania i osiągnięcia samorealizacji. Łatwo wyprowadzić stąd ludzką skłonność do konformizmu, który, owszem, spaja społeczeństwo i ułatwia nam obcowanie z innymi, ale często prowadzi do mentalnej ślepoty i głuchoty, skąd już najkrótsza droga do ich drogiej towarzyszki — głupoty.
Zauważyłem jednak, że każdy ma w sobie mechanizm, który stara się pogodzić potrzeby afiliacji z jednej, a uznania i samorealizacji z drugiej strony. Nie zgodzicie się może z moją interpretacją takich zachowań, ale z pewnością nieraz zauważyliście schematy pt. „posłuchaj, jaki to świetny kawałek, na pewno ci się spodoba”, „spróbuj, to bardzo łatwe i daje mnóstwo frajdy”, „jak mogłeś o tym nie wiedzieć, przecież to zna każdy” itp. Czasem nastawiamy się bardziej na podkreślenie naszego osobistego gustu czy zapatrywania, czasem uwypuklamy powszechność jakiegoś sądu, ale zawsze jesteśmy święcie przekonani, że jesteśmy po tej słusznej stronie i chcemy przekabacić drugą osobę, by i ona dołączyła do grona oświeconych. Tym sposobem zachowujemy własne (a ściślej: tak samodzielnie wypracowane, jak i wchłonięte na drodze introjekcji) poglądy, a jednocześnie dążymy do stanu, w którym nie będziemy wyróżniać się innością.
Ludzie nie lubią przypadku. Bardzo. Jakakolwiek koincydencja ciekawszych zdarzeń bezwiednie rodzi silne domniemania o istnieniu jakiejś implikacji (przy czym poprzednik i następnik dobierane są wedle światopoglądu lub w drodze rzutu monetą), a zjawiska ewidentnie stochastyczne, jak losowanie Lotto, obrastają w grube warstwy mitów, niczym studenckie talerze w tłuszcz i okruszki. Świadomość, iż losowania są od siebie niezależne a kuleczki nie wiedzą, jakie liczby są na nich wypisane, ociera się o metafizyczną iluminację i nawet znajomość rachunku prawdopodobieństwa z trudem zaciera głęboko wyryte ścieżki naszych myśli, krzyczących jednogłośnie, że wypadnięcie czwórki po jedynce, dwójce i trójce jest czymś co najmniej nieprzyzwoitym — dwunastka jest zupełnie prawdopodobna, ale akurat czwórka znacznie mniej.
Zabobony związane z grami liczbowymi są jednak co najwyżej zabawne lub irytujące — żadnej tajemnicy tu nie ma, chyba że ktoś interesuje się psychokinezą lub innym zaginaniem strumieni prawdopodobieństwa. Ciekawsze są kwestie predestynacji czy kismetu. Idziesz ulicą, spotykasz starego kumpla, w trakcie rozmowy okazuje się, że ma on wielki problem, który potrafisz rozwiązać. Przypadek, Opatrzność czy wpływ gwiazd? Modlisz się, otwierasz Pismo Święte i uderza Cię Słowo. Właśnie to, jakiego potrzebowałeś. Przypadek, Opatrzność czy doszukiwanie się na siłę przyczynowości tam, gdzie jej nie ma? A może wszystko po trochu?
Obejrzawszy „The Magic Mile”, byłem przekonany, że ta krótkometrażówka ma optymistyczny wydźwięk, ale nie mogłem odkryć, co pozytywnego jest w tym, iż nawet, gdy dotyka nas cud, wystarczy przejść parę kroków, by znów upaść? Czy można wyciągnąć jakieś dobro z tego, iż tylko na chwilę otworzyły się nam oczy lub uszy? Czy nie jest tak, że tęsknota za czymś, co mieliśmy na tak krótko będzie stokroć większa niż ta, którą odczuwaliśmy, gdy tęskniliśmy za nieznanym?
Odpowiedź przyszła niespodziewanie, w wywiadzie z Agnieszką Chylińską:
Wiem, że ten moment, który dzisiaj mam, jest mi dany tylko na teraz. Wiem, że za moment powrócą wszelkie złe demony i będą chciały mnie przekabacić. […] Mam nadzieję, że mam już dobrą zbroję, że mam już dobry miecz, […] tę zręczność, tę siłę, by poradzić sobie z tym, co będzie na mnie czyhało.
Agnieszka Chylińska w wywiadzie Marcina Prokopa
Spotykają nas chwile, krótsze lub dłuższe, gdy świat wiruje dokoła nas, gdy wydaje się, że złapaliśmy Pana Boga za nogi. Później nierzadko przychodzi uczucie pustki i rozczarowanie powrotem do rzeczywistości, która wydaje się nam jeszcze bardziej szara niż na początku. Nie wolno wtedy marnować tego, co się przeżyło. Nie wolno poddawać się tęsknocie i udawać, że rzecz mogła trwać wiecznie. Trzeba ten zawód przekuć na radosne wspomnienie, a pragnienie cofnięcia się w czasie na siłę, pchającą nas w przyszłość.
Nie wolno dać sobie wyrwać takich chwil ani stać się ich więźniem.
Dlaczego dziś się tak nie buduje? Dlaczego, jeżeli jakiś budynek mi się podoba, to na ogół ma co najmniej 50 lat? Dlaczego o nowych budynkach na ogół najlepsze co mogę powiedzieć to „Przynajmniej nie wygląda jak grobowiec”, ewentualnie „Nawet pomysłowe i funkcjonalne”?
Owszem, trafiają się perełki, nie jest bowiem tak, że skreślam wszystko, co nowoczesne, jednak to wtedy, gdy patrzę na dopracowany po praktycznie niewidoczne z ziemi detale budynek Dworca Głównego w Gdańsku, mogę bez zastrzeżeń i z zachwytem stwierdzić, że to po prostu arcydzieło!
Zastanawiałem się, czy to kwestia kosztów, czy zwyczajnej zmiany stylu w sztuce architektonicznej, ale przypomniałem sobie o Bazylice Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu (sama nazwa budynku sugeruje, czego się spodziewać), ukryłem twarz w dłoniach, zaszlochałem i doszedłem do przykrego wniosku, że nikt już nie potrafi budować tak, jak kiedyś, nawet jeżeli bardzo tego chce…
Pisałem ostatnio o pomaganiu, a dziś chciałbym do tego tematu nawiązać. Na Wykopie pojawił się wątek sugerujący, że w serwisie SiePomaga internauci chętniej wspierają zwierzęta niż dzieci. Mniejsza o to, czy tak jest w rzeczywistości — nie chcę na podstawie kilku liczb wydawać sądów o społeczeństwie. Myślę jednak, że warto zaznaczyć, co o tej całej pomocy zwierzętom myślę.
Każdy ponosi odpowiedzialność za to, co przynosi na świat poprzez labirynt jego duszy.
Siergiej Łukjanienko, „Jesienne wizyty”
Najmniejsze poruszenie oddziaływa na całą naturę; morze całe zmienia się od jednego kamyka. Tak w łasce najmniejszy uczynek wpływa przez swoje następstwa na wszystko. Wszystko jest zatem ważne.
W każdym uczynku trzeba zważać, poza uczynkiem, nasz stan obecny, przeszły, przyszły i stan innych osób, na które oddziaływa; i widzieć związki wszystkich tych rzeczy. A wówczas będziemy bardzo powściągliwi.
Blaise Pascal, „Myśli”
Nie jestem miłośnikiem odnoszenia teorii efektu motyla do codziennego życia i to nie dlatego, iżbym uważał, że wszystko jest przyciągane przez jakiś atraktor, ale dlatego, że bije od niej czymś w rodzaju fatalizmu. Jeżeli bowiem wszystko wpływa na wszystko, na dodatek w sposób nieliniowy (a więc drobna zmiana stanu początkowego może owocować raz drobną a raz olbrzymią zmianą stanu końcowego), to nasze życie przypomina taniec w składzie porcelany — jest parodią samego siebie i skłania raczej do tego, by zatrzymać się, usiąść i nic nie robić. Tyle tylko, że decyzja o bierności, jak każda inna, pociąga za sobą skutki, które z kolei pociągają za sobą kolejne reakcje i tak w nieskończoność.
2007–2011 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.