Chciałbym napisać „Na pohybel jesieni!”, ale problem w tym, że jesień lubię. Przynajmniej taką jak dziś, gdy po słocie pogoda odmienia się na lepsze. Niemniej letnie zaległości trafiły w końcu na Flickra.
Przy okazji polecam program Hugin, który na pełnym automacie złożył mi z pięciu zdjęć całkiem udaną panoramę.
Jest olbrzymia grupa słów, których znaczenia przebarwiono, które połączono ciasną siecią skojarzeń z innymi, niewłaściwymi dla nich, słowami, przez co nierzadko patrzymy na świat w krzywym zwierciadle. W tym zbiorze jest też klasa terminów szczególnie istotnych, a przy tym jasnych i zrozumiałych, ale zaniedbanych — mówi się o nich za mało, by mogły coś zdziałać. Niestety, do tego worka często trafia wytrwałość. Zastanów się chwilę, z czym kojarzy Ci się to słowo. Mnie zaraz przychodzi na myśl praca, wysiłek, rzetelność, sukces, ale też ośli upór, zmęczenie i porażka, bo odbieram wytrwałość jako coś trudnego.
Kojarzy mi się też wytrwałość z testem pianki, którego autorem jest Walter Mischel z Uniwersytetu Stanfordzkiego. Ten eksperyment wykazał, że dzieci, które są w stanie powstrzymać się kilkanaście minut przed zjedzeniem słodkiej pianki (polecam nagrania z różnych wydań tego doświadczenia — buzia sama się uśmiecha), by w nagrodę dostać drugą, wyraźnie lepiej radzą sobie w życiu i osiągają sukcesy tak zawodowe, jak i osobiste. Ale zdolność odroczenia gratyfikacji to tylko jedna ze składowych wytrwałości i to ta mniej przyjemna — nie wolno wszak zapominać, że wytrwałość to także konsekwentność, szacunek wobec własnych zasad i wartości, sposób na wyciskanie z życia tego, co najlepsze, a przede wszystkim pewna droga do sukcesu. Oczywiście, wytrwałość hartuje się w porażkach, bez których o żadnej nieustępliwości nie może być mowy — jeżeli chcesz być wytrwały, automatycznie zgadzasz się na upadki — jest to transakcja wiązana i jedno z fundamentalnych praw przyrody, jak to, które mówi, że nie ma odwagi tam, gdzie nie ma strachu.
„Incepcja” Christophera Nolana, podobnie jak „Matrix”, jest bardzo udanym mariażem kina akcji i science-fiction. Świat przedstawiony zasadza się na idei uwspólniania snu — główny bohater jest wybitnym znawcą tematu i wraz z grupą podobnych mu rzezimieszków włamuje się w trakcie wspólnych snów do umysłów innych ludzi, by wydobyć z nich pewne informacje lub dokonać tytułowej incepcji, czyli zaszczepienia nowej idei, która miałaby zostać uznana przez ofiarę za własną.
Główną rolę gra Leonardo DiCaprio, którego fanem jestem od obejrzenia „Wyspy tajemnic” Martina Scorsese. W „Incepcji” jednak kreowana przez DiCaprio postać jest mniej ciekawa, zapewne dlatego, że wątek melodramatyczny walczy o uwagę z pościgami, strzelaninami i znakomitym pomysłem na pełną akcji fabułę. Film miał wielki potencjał, nie został on jednak całkowicie wykorzystany. O ile w takim chociażby „Matriksie” lekko dziurawa historia o maszynach, wykorzystujących ludzi do produkowania energii, została po mistrzowsku użyta do stworzenia pełnego rozmachu, patosu, a nawet filozofii obrazu, o tyle „Incepcja” stwarza uczucie pewnego niedosytu. Może dlatego, że w trakcie oglądania zrodziło się wiele pytań, które frapują mnie nieprzerwanie i zamiast zakończenia filmu wolałbym zobaczyć prequel, wyjaśniający chociażby, kto, a przede wszystkim jak i kiedy, wymyślił technologię uwspólniania snu.
Uwaga! Spojlery!
Ksiądz: Dlaczego się radujemy?
Dziecko: Żebyśmy nie byli smutni.
Z Mszy św. dla dzieci
Nadmiar smutku to zło (ale nie smutek sam w sobie!). Radość usuwa to zło z życia, ergo radość jest dobra i potrzebna. Po dziecięcemu proste, a nietrywialne.
Kilkanaście dni temu byłem w Łodzi na sesji „Narodzeni z Ducha”. Te dwudniowe rekolekcje przyniosły kilka ważnych myśli, które zadziwiająco mocno zmieniły moje postrzeganie rzeczywistości. Szczególnie wersety, na które zwrócił uwagę podczas jednej z konferencji o. Fabian Błaszkiewicz, zaskoczyły mnie, choć nie powinny, bo podobne idee pojawiały się już na moim blogu.
Patrz! Kładę dziś przed tobą życie i szczęście, śmierć i nieszczęście. […] Biorę dziś przeciwko wam na świadków niebo i ziemię, kładę przed wami życie i śmierć, błogosławieństwo i przekleństwo. Wybierajcie więc życie, abyście żyli wy i wasze potomstwo, miłując Pana, Boga swego, słuchając Jego głosu, lgnąc do Niego; bo tu jest twoje życie i długie trwanie twego pobytu na ziemi, którą Pan poprzysiągł dać przodkom twoim: Abrahamowi, Izaakowi i Jakubowi.
Pwt 30,15.19-20
Położył przed tobą ogień i wodę,
po co zechcesz, wyciągniesz rękę.
Przed ludźmi życie i śmierć,
co ci się spodoba, to będzie ci dane.
Syr 15,16-17
Tak jednak jest z człowiekiem, że może objąć rozumem niejedną tajemnicę, przyswoić ją sobie, a później propagować, cały czas nie mogąc jej wcielić w życie z braku jakiegoś nieuchwytnego niuansu. Na ogół nie jest to żaden szczegół merytoryczny, a clou sprawy to przyjęcie tej wiedzy przez serce, które ma swój własny rozum. Czasem wymaga to spojrzenia z nowej perspektywy, czasem emocjonalnego impulsu z zewnątrz, a czasem (sądzę nawet, że bardzo często) — zaufania.
Wczoraj sfinalizowałem jedno z moich większych marzeń. Pracowałem nad nim 5 lat, a właściwie to nawet więcej, ale najważniejsze, że się udało — zostałem magistrem inżynierem elektroniki. Wielkiego podsumowania studiów nie będzie, zresztą moja umiarkowanie optymistyczna opinia o akademickim podejściu do elektroniki nie uległa zmianie. Niemniej przyznaję bez oporów — zdobyłem przez ten czas wiele wiedzy i umiejętności, przeżyłem mnóstwo stresów, ale jeszcze więcej radosnych chwil; nauczyłem się luźniej podchodzić do pewnych spraw, szybko się uczyć i jeszcze szybciej zapominać, ale miałem też szczęście spotkać wykładowców z powołaniem, dzięki którym zostało mi sporo w głowie.
Nie przeszedłbym tej drogi sam, winien jestem podziękowania Rodzicom, bez których nie miałbym szans zrealizować tego marzenia, Siostrze i wszystkim Bliskim Memu Sercu, którzy byli mi wsparciem. Miałem wielkie szczęście już na samym początku spotkać Wspaniałych Ludzi, dzięki którym natychmiast zadomowiłem się w Gdańsku — trzymam za nich kciuki (także za tych, co już się obronili — zawsze jest za co trzymać kciuki) i mam nadzieję, że nasze drogi będą się wciąż krzyżować. Dziękuję również Wykładowcom, którzy wkładali serce w swoją pracę — bez nich ten papier nie byłby nic wart. Szczególnie wdzięczny jestem tym, którzy w ostatnich miesiącach okazali mi tak wiele życzliwości.
Na przydługiej liście podziękowań nie może też zabraknąć Życzliwych Osób, od których słyszę, że choć zakończył się pewien fajny etap w moim życiu, to stokroć ważniejsze jest, że zaczął się następny — obarczony większą odpowiedzialnością, ale jeszcze wspanialszy. Last but not least dziękuję Kobiecie, bez której wspomniane słowa byłyby puste, ale miałem szczęście ją spotkać i jutro jest dla mnie pełne treści.
Tytuł „Katedra Marii Panny w Paryżu” nie każdemu coś mówi, ale gdy napiszę „Dzwonnik z Notre-Dame” zapewne każdy skojarzy przynajmniej kilkoro bohaterów i mniej lub bardziej podobną do oryginalnej wersję ich historii. Kto jednak zna dzieło Wiktora Hugo jedynie z drugiej ręki niech czym prędzej sięgnie po książkę.
„Katedra Marii Panny” z początku może trochę zniechęcać ze względu na zamiłowanie autora do opisów architektury i jeden z celów, jakie sobie postawił pisząc tę powieść, tj. ukazanie życia późnośredniowiecznego Paryża z lekko historycznym zacięciem. Sam Hugo tak pisze o dołączeniu do dzieła zaginionych rozdziałów:
Odnalezione rozdziały niewielką będą niewątpliwie przedstawiały wartość dla tych, bardzo zresztą rozsądnych osób, które w Katedrze Marii Panny w Paryżu szukały tylko wątku dramatycznego, tylko powieści. Są jednak, być może, inni jeszcze czytelnicy, którzy nie uważali za zbyteczne zgłębienie estetycznych i filozoficznych koncepcji ukrytych w tej książce i czytając Katedrę Marii Panny znajdowali zadowolenie w wyłuskiwaniu z powieści czegoś innego niż sama powieść […]
Wiktor Hugo, Przypis autora do wydania z roku 1832
Ja takiego zadowolenia nie znajdowałem, raczej odbierałem rzecz jako utrapienie i miałem chęć cisnąć książkę w najdalszy kąt pokoju. Świadczy to być może o zdegradowaniu się mojego poziomu czytelniczego, ale pominąwszy kilka najnudniejszych stronic zacząłem przekonywać się do powieści, aż w końcu po prostu się wciągnąłem.
Uwaga! Spojlery!
Ty utkałeś mnie w łonie mej matki.
Ps 139, 13
Z nicości wydarłeś roztysiącznioną myślą
gwiaździste struny, ciągnione przez eony.
Zaparłeś o kolumny wszechświata ramę harfy,
na której zagrałeś swoim tchnieniem
dźwięki mego prawdziwego imienia,
aż wyryło się w jądrach planet i rytmie pulsarów,
bym mógł je odnaleźć po wiekach.
Rozpędziłeś płomień gwiazd w szalonym biegu,
wydałeś je na śmierć, jak posłaniec wierzchowca;
z ich serc zrodziłeś glinę na me ciało
i wiatr w koronach ciemnych ostępów
na osnowę mojej duszy.
I rzekłeś echem, co do dziś rozbrzmiewa:
„Przeklęty bądź od dnia narodzin
po dziesięciokroć każdego ranka,
gdy zaniedbasz natchnienia moje.
Nie zaznasz spokoju ani na ziemi, ani w niebie,
ani na polu walki, ani w łożu kobiety;
szukać będziesz swego imienia,
od wschodu do zachodu słońca
i przy świetle księżyca,
a Ja dam ci je poznać na miarę twego uporu,
aż zapałasz tęsknotą niewygasającą.
Błogosławić ci będę odtąd na wieki,
byś nie porzucił jego dźwięku,
byś nie zapomniał swego imienia
i nie odszedł od tego, na co cię stworzyłem.
U stóp moich porzucisz trwogę i smutek,
a przyodziejesz się w mądrość i moc,
bo przyrzekłem ci, że wstąpisz do mej chwały.”
Rozbiłem więc stągiew pełną goryczy i żółci,
rozdarłem mą szatę i oddałem na spalenie.
Członki swe namaściłem oliwą,
przyodziałem się natychmiast w biel
i pasem złotym przepasałem biodra.
Porzuciłem ciemną jaskinię i legowisko szakala,
a pośród pól Baszanu wzniosłem dom,
twierdzę warowną i niezmożoną,
umocnioną Twoją prawicą, jak mi przyobiecałeś.
Tak odzyskałem wzrok, a pierś ma nabrała tchu;
na powrót władam mieczem żelaznym
i krok mój już się nie chwieje, bo narodziłem się w Panu.
2007–2011 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.