Na „Księgę ocalenia” („The Book of Eli”) poszedłem w ramach posesyjnego odstresowania. Zwiastun zapowiadał świetne zdjęcia, ciekawy klimat i raczej słabą fabułę. Nie zawiodłem się — otrzymałem to, na co liczyłem.
Film zaczyna się naprawdę świetnie. Zarówno obraz, jak i dźwięk doskonale budują postapokaliptyczny klimat. To nie „Jestem legendą”, utrzymany w konwencji bliskiej robinsonady, a dosadna wizja świata zapomnianego przez Boga, gdzie ludzie żyją na wypalonej Słońcem pustyni, bo po wojnie nic więcej im nie pozostawiono.
Okazuje się jednak, że Bóg nie zapomniał całkowicie o ziemskim padole. Przemówił do głównego bohatera o imieniu Eli. Imię to można wiązać z Helim, nauczycielem Samuela, Eliaszem, Elizeuszem i paroma innymi postaciami. Można też je interpretować jako imię samego Boga czy też rozwijać jako frazę „mój Bóg”. Mamy tu pole do pewnych interpretacji, choć myślę, że „Eli” po prostu dobrze brzmi.
Zresztą Eli może pochwalić się znacznie ciekawszymi atrybutami niż imię. Przede wszystkim jako gratis do księgi dostał skille w posługiwaniu się wszelkimi rodzajami broni (włącznie z łukiem, którego używa na początku i pod koniec filmu — w środku łuk… no właśnie, co się w międzyczasie działo z łukiem?) i samotnym zabijaniu rzeszy przeciwników w ciągu kilkunastu sekund walki. Mnie to szczególnie nie przeszkadzało; sceny walki choć mało efektowne, nie są jednak szczególnie dosadnie ukazane, więc wybuchy przemocy nie rażą zbyt mocno. Szkoda tylko, że poziom ich bzdurności przekracza granicę przyzwoitości, gdy uświadamiamy sobie, że Eli jest…
Tu daruję sobie spojler na temat głównego bohatera. Po obejrzeniu trailera trudno mieć jakieś poważne wątpliwości co do tego, czym jest tytułowa księga, udawajmy jednak, że i to jest dla nas zagadką. Księga jest jedną z mocniejszych stron filmu. Bardzo podoba mi się, że zwrócono uwagę na jej moc i władzę jaką daje. Nie mam także nic przeciwko ukazaniu jej nadprzyrodzonych aspektów, bo przecież sam jestem o nich przekonany, ale wolałbym, by były przedstawione w inny sposób. Nie przypominam sobie, by w historii Zbawienia Bóg często sięgał po samotnych, amerykańskich wędrowców potrafiących odciąć rękę wrogowi nim ten zdąży mrugnąć okiem, załóżmy jednak, że nowe czasy potrzebują nowych środków i Eli jest ekstrapolacją Dawida walczącego z Goliatem. Choć i tak jestem przekonany, że historię można by zbudować inaczej, w sposób bardziej stonowany i głębszy — film wiele by zyskał, gdyby był mniej sztampowy; nastawiony na duchowość, a nie przelew krwi.
Dobrze byłoby też pozbyć się Solary. O ile Carnegie i Claudia są bardzo udanymi postaciami, pod pewnymi względami nawet bardziej udanymi niż główny bohater, o tyle Solara ewidentnie jest skutkiem tego, że ktoś przystawił scenarzyście obrzyn do skroni i zapytał: „Hej, czy aby nie zapomniałeś dorzucić jakiejś seksownej laski?”. No i proszę, mamy Solarę, która nic nie wnosi do akcji. A przecież nie mam nic przeciwko pięknym kobietom w kinie — można było rozwinąć wątek obejmowania schedy po Elim albo odpowiednio szybko ją uśmiercić i już byłoby lepiej.
Strona wizualna filmu ma świetny klimat, ale jest to potencjał w dużej mierze zmarnowany. Coś w rodzaju zwrotów akcji następuje dopiero w drugiej połowie, nudę pierwszej rekompensują jednak zdjęcia i ścieżka dźwiękowa. Na szczęście kilka razy scenarzyście udało się mnie trochę zaskoczyć, nie jest więc beznadziejnie. Cały pomysł z księgą nawet mi się podoba, choć trochę nie trzyma się kupy (ostatni egzemplarz na Ziemi…? tak…). Zakończenie trzyma poziom nie niższy niż całość, ale nie skłania do przemyśleń na tyle, na ile powinno w filmie o takiej tematyce.
„Księgę ocalenia” oglądało mi się przyjemnie, ale myślę, że wiele osób może się zawieść. Po prostu na tym pomyśle można było zbudować coś lepszego.
Księga jest jedną z mocniejszych stron filmu. Bardzo podoba mi się, że zwrócono uwagę na jej moc i władzę jaką daje. Nie mam także nic przeciwko ukazaniu jej nadprzyrodzonych aspektów, bo przecież sam jestem o nich przekonany
Że niby co? Jak ją rzucę w powietrze to zacznie lewitować? A wiesz chociaż kto ją napisał?
Ta 'księga' to nic innego, jak zbiór tekstów powstałych na przestrzeni wieków i przerabianych wedle aktualnych potrzeb. Już dawno utraciły one kontekst kulturowy. Obecnie wyciąga się z niej fragmenty zdań i interpretuje wedle woli.
Jedyna moc jaką posiada to tylko to co ludzie jej (niesłusznie zresztą) przypiszą. Równie dobrze działało by to na słownik ortograficzny, czy książkę telefoniczną (albo na "Władce pierścieni").
Ja osobiście, choć filmy post apokaliptyczne lubię, to jednak zrezygnowałem z tego, po tym jak dowiedziałem się o czym będzie.
@Sigvatr: Nie, nie, księga jako obiekt fizyczny, tj. zbiór kartek nie ma żadnych nadzwyczajnych właściwości. Mówiąc o jej „nadprzyrodzonych aspektach” w kontekście filmu miałem na myśli niesamowite umiejętności w dziedzinie walki i nadnaturalną wręcz żywotność ludzi (tj. Eliego, a później także Solary), którzy chronią księgę przed niewłaściwym wykorzystaniem.
Jedyna moc jaką posiada to tylko to co ludzie jej (niesłusznie zresztą) przypiszą.
Trafiłeś w samo sedno! To jest właśnie moc Biblii, na której tak bardzo zależy Carnegiemu. Despota chce rozszerzyć zakres swojej władzy, ale nie jest w stanie zrealizować tego siłą — jego mała armia nie wystarcza mu do zaspokojenia ambicji. On potrzebuje czegoś, co sprawi, że zwykli ludzie staną mu się posłuszni. Potrzebuje słów, którymi do nich trafi, ale takich słów sam nie potrafi wymyślić. Wie za to, że znajdzie je w Biblii (zwróć uwagę, jak bardzo Jezus podkreśla, że Dobra Nowina skierowana jest do prostych ludzi). Jego determinacja jest potęgowana przez fakt, że według powszechnej opinii to właśnie Biblia doprowadziła do wojny i apokalipsy, dlatego prawie wszystkie egzemplarze zostały zniszczone.
Słownik ortograficzny na nic więc się Carnegiemu nie przyda, a i „Władca Pierścieni” nie jest dobrym materiałem, bo trudniej powyrywać z niego krótkie fragmenty, które można by zmanipulować w narzędzie władzy.
Ta 'księga' to nic innego, jak zbiór tekstów powstałych na przestrzeni wieków i przerabianych wedle aktualnych potrzeb.
Myślę, że ten punkt widzenia przedstawiają ostatnie sceny, a w szczególności zachowanie bibliotekarza, który traktuje Biblię po prostu jako bardzo cenną książkę, lądującą jednak koniec końców na półce pośród wielu innych pozycji. Można też podejrzewać, że Eli coś przekręcił podczas dyktowania całej Biblii z pamięci (tak bowiem, koniec końców, Biblia zostaje przywrócona ludzkości).
Ja osobiście, choć filmy post apokaliptyczne lubię, to jednak zrezygnowałem z tego, po tym jak dowiedziałem się o czym będzie.
Jeżeli moja recenzja zniechęciła Cię do oglądania filmu, który by Ci się nie spodobał, to znaczy, że dobrze wywiązałem się ze swojego zadania. Możliwe jednak, że przez mój nieudolny język zostałem źle zrozumiany.
Słownik ortograficzny na nic więc się Carnegiemu nie przyda, a i „Władca Pierścieni” nie jest dobrym materiałem, bo trudniej powyrywać z niego krótkie fragmenty, które można by zmanipulować w narzędzie władzy.
Był taki serial SF "Andromeda" - w jednym z odcinków główny dobry bohater wylądował na pewnej planecie, którą rządził pewien kapłan. Dzierżył on księgę i za każdym razem powoływał się na jej autorytet, aby wymusić posłuszeństwo populacji. Kiedy w końcu ten dobry go pokonał, otworzył tą księgę - okazała się zbiorem pustych kartek. Ludzie reagują na symbole, nie na konkrety. Abstrahując, mógł wziąć dowolną książkę i pokazywać ją jako co tam chciał, a uzyskał by ten sam efekt.
Jeżeli moja recenzja zniechęciła Cię do oglądania filmu
Raczej jedna wcześniejsza, gdzieś na o2 wypatrzona. Ale Twoją też przeczytałem.
Abstrahując, mógł wziąć dowolną książkę i pokazywać ją jako co tam chciał, a uzyskał by ten sam efekt.
Gdybym był tyranem :P to chyba podobnie jak Carnegie wolałbym podeprzeć swoją władzę dobrą gadką na bazie Biblii niż pleść co mi ślina na język przyniesie i spać z książką pod poduszką, żeby przypadkiem nie przyszedł jakiś Eli, nie wyrżnął mojej ochrony i nie wykradł księgi, by pokazać ludziom, że jest pusta.
Zresztą spójrzmy na to z antyklerykalnego punktu widzenia albo, żeby nie wzbudzać zbyt żywych emocji, weźmy takich na przykład muzułmańskich fundamentalistów. Teraz to już może nie ma takiego znaczenia, ale wtedy, gdy budowali swoją pozycję, czy mogliby tego dokonać posługując się pustą książką? Nie, bo to zbyt wysoki poziom abstrakcji, tak się nie dotrze do wielu ludzi, co najwyżej można jakąś sektę założyć.
Nie twierdzę, że nie można by sobie takiej świętej księgi spreparować albo że nie da się jej zastąpić np. ustnie przekazywanymi mitami i grupą kapłanów potrafiących kilka magicznych sztuczek. Potrzebny jest jednak dobry i przemyślany system, który będzie na tyle prosty w założeniach, by trafić do zwykłych ludzi, ale i na tyle złożony, by zaspokoić intelektualne potrzeby bardziej inteligentnych i wykształconych. Carnegie uważał, że on takiego systemu nie wymyśli, więc z uporem maniaka poszukiwał Biblii. I sądzę, że z Koranu ucieszyłby się znacznie mniej, bo tę religię zapewne znał słabiej i trudniej byłoby mu ją wykorzystać.
Swoją drogą, Carnegie wyglądał na kogoś, kto i bez Biblii sobie poradzi, ale widać nie wierzył we własne siły :P
Carnegie wolałbym podeprzeć swoją władzę dobrą gadką na bazie Biblii niż pleść co mi ślina na język przyniesie i spać z książką pod poduszką, żeby przypadkiem nie przyszedł jakiś Eli, nie wyrżnął mojej ochrony i nie wykradł księgi, by pokazać ludziom, że jest pusta.
Ale Biblia jest pusta. No zawiera jakieś tam literki, ale ile osób wie np. co tam dokładnie jest? Wiem to z obserwacji naszych rodzimych wierzących.
Potrzebny jest jednak dobry i przemyślany system, który będzie na tyle prosty w założeniach, by trafić do zwykłych ludzi, ale i na tyle złożony, by zaspokoić intelektualne potrzeby bardziej inteligentnych i wykształconych.
Biblia nie spełnia intelektualnych potrzeb osób bardziej inteligentnych. to zbiór luźnych historii pozbieranych przez te wszystkie lata, no i nie wspominając o edycjach tekstów i zawartości Biblii. Nie bez powodu ateistami są zwykle ludzie wykształceni (choć to chyba bardziej zasługa kapłanów i części wiernych).
Carnegie uważał, że on takiego systemu nie wymyśli, więc z uporem maniaka poszukiwał Biblii. I sądzę, że z Koranu ucieszyłby się znacznie mniej, bo tę religię zapewne znał słabiej i trudniej byłoby mu ją wykorzystać.
To naprawdę jest nie istotne, religie są bardzo plastycznymi tworami, możesz sobie samodzielnie wymyślić część religii, czy nawet połowę wyciąć - nie zauważysz różnicy. Carnegie decyzją reżyserów był po prostu szurnięty:P Był takim samym maniakiem, jak i osoby które spłodziły ten film :)
Ale Biblia jest pusta. No zawiera jakieś tam literki, ale ile osób wie np. co tam dokładnie jest? Wiem to z obserwacji naszych rodzimych wierzących.
Carnegie decyzją reżyserów był po prostu szurnięty:P
Z tym, że jest pusta, to się nie zgodzę, ale, rzeczywiście, dla wielu ludzi chyba równie dobrze mogłaby być książką telefoniczną. Pytanie tylko, czy rzeczywiście bajka na bazie księgi, która jest tylko artefaktem, przekonałaby ludzi z filmowego miasteczka. Mnie się wydaje, że niekoniecznie i Carnegie mógł działać racjonalnie, choć przekonałeś mnie trochę do swojej tezy.
Był takim samym maniakiem, jak i osoby które spłodziły ten film :)
I pewnie temu film mi się jednak podobał :)
Z tym, że jest pusta, to się nie zgodzę
Pusta oczywiście nie jest, ale mogła by być. Ludzie traktują ją jak symbol i w zasadzie nie obchodzi ich co jest w niej zawarte.
Pytanie tylko, czy rzeczywiście bajka na bazie księgi, która jest tylko artefaktem, przekonałaby ludzi z filmowego miasteczka.
Przesłanie mogło by być podobnego do tego z "Pielgrzyma" (przynajmniej względem Biblii). No cóż, zapewne wtedy ten film nie trafiłby do gustów 50 % amerykańskiej widowni :P
Wysyłając komentarz, wyrażasz zgodę na jego publikację na zasadach licencji CC BY-SA 3.0 PL. Autor zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy, szczególnie w przypadku wypowiedzi wulgarnych i niezwiązanych z tematem dyskusji.
2007–2011 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.