vmario na jabber.gda.pl

Ja też już byłem…

11 stycznia 2010 @ 19:48:26. Poziom 0. Kategorie: Recenzje.

Wszyscy byli i ja też już byłem na „Pocahontas” „Avatarze”. Tak, na seans udałem się z negatywnym nastawieniem, ale nie mógłbym spojrzeć wnukom w oczy, gdyby zapytały: „A dziadzio był na pierwszym filmie z dźwiękiem? Pewnie nie? A na »Avatarze« dziadzio był, czy już wtedy wszystko było w 3D?”. Sami widzicie, nie miałem wyboru — przez wzgląd na przyszłe pokolenia.

Powodowała mną także ciekawość. To był mój pierwszy trójwymiarowy film i liczyłem, że rzeczywiście zobaczę zaczątki jakiegoś przełomu w kinematografii. Po założeniu okularów byłem zachwycony. Zdecydowanie trójwymiarowe reklamy robią wrażenie. Niestety, trójwymiarowy film po kilkudziesięciu minutach mnie po prostu zmęczył. Bardzo możliwe, że mam pecha i moje oczy nie najlepiej reagują na współczesną technikę, ale faktem jest, że poza kilkoma scenami, zresztą tymi niby mniej efektownymi bo wewnątrz pomieszczeń, a nie w plenerach Pandory, 3D po prostu mnie wkurzało.

  1. Po kilku minutach oglądania zacząłem dumać o tym, dlaczego w tej całej trójwymiarowości coś mi nie gra. Po chwili grzania zwojów mózgowych zrozumiałem: w świecie rzeczywistym mogę skupić ostrość na dowolnym planie (chyba że mi coś ewidentnie pod nos się napatoczy), a tutaj to wciąż operator kamery czy też grafik decyduje, gdzie jest ostrość. Rozumiem, że uzyskanie nieskończonej głębi ostrości za pomocą kamery jest praktycznie niemożliwe, a i wyrenderowanie odległych szczegółów sceny nie jest pewnie łatwe. Uwielbiam też bokeh w fotografii i tradycyjnym kinie, ba!, rozumiem, że nawet tutaj ułatwia on wyłapanie istotnych obiektów. „Avatar” miał być jednak przełomem, a ja tu przełomu nie widzę.
  2. Z moją znajomością angielskiego mówionego jest słabo. Słabo jest także z czytaniem napisów w 3D, gdzie oprócz odnalezienia ich wzrokiem, muszę jeszcze dodatkowo zogniskować na nich ostrość, co nie jest łatwe, gdy przypadkiem jakiś obiekt znajdzie się w tym samym miejscu trójwymiarowej przestrzeni co one. Na szczęście w niektórych przypadkach jakaś dobra dusza poprzesuwała napisy, co ułatwiło mi nieco życie.
  3. W dynamicznych scenach wszystko się maże i moje oczy nie miały szans, niczym autofocus goniący za berserkiem w wirze walki.
  4. Po jakiejś godzinie zacząłem marzyć o zdjęciu okularów. Gdyby był jakiś przełącznik 3D/2D nie omieszkałbym go użyć. Byłem po prostu zbyt tym wszystkim zmęczony.

Tyle o 3D. Poza tym animacja od strony technicznej jest wyśmienita i nie zauważyłem nic, na co mógłby się uskarżać. Byłoby co prawda miło, gdyby zwierzęta miały sierść, ale można na to przymknąć oko, zwłaszcza że wszelki ruch jest zamodelowany bardzo naturalnie i rad byłbym podobną perfekcję widzieć w każdej animacji. Szczególne wrażenie robią postacie Na’vi — widzę, że CGI dorasta powoli do renderowania ludzi. Jeszcze tylko owłosienie, dokładniej odwzorowana skóra, modelowanie ruchu bez potrzeby uciekania się do Motion Capture i zacznę biadolić, że za moich czasów w filmach grali aktorzy.

Fakt, iż techniczna strona animacji jest genialna, nie oznacza, że jestem zachwycony tym, co zobaczyłem w „Avatarze”. Szczerze mówiąc, Na’vi, czyli przerośnięte krzyżówki elfa z neandertalczykiem, są lekko pokraczni. Do tego te ich bezsensowne fosforyzujące ciapki… W ogóle na Pandorze wszystko fosforyzuje; nie da się wręcz stąpnąć ani dotknąć żadnej trawki czy listka, żeby nie wybuchły kolorowym blaskiem. Jeżeli to ma tworzyć ten rzekomy klimat bajkowości, to dziękuję, wolę „Pocahontas”. Tam przynajmniej był milusi szop pracz. I miał sierść.

Spojler (?).

O fabule „Avatara” nie ma sensu pisać. Kto oglądał „Pocahontas” zna ją doskonale. No, prawie, bo jeżeli mnie pamięć nie myli, disneyowski film jest bardziej wzruszający. Zwłaszcza zakończenie. Jeżeli zaś ktoś nie zna historii młodej Indianki, niech czym prędzej nadrobi zaległości.

Jeżeli jednak miałbym już umieścić w mojej nieudolnej recenzji jakiś złośliwy spojler, to chętnie wspomnę o niesamowitej wręcz roli Młodych Amerykańskich Przystojniaków w historii Wszechświata. Ratowali już oni honor japońskich samurajów, bronili Ziemian przed Obcymi, a w „Avatarze” jeden z nich przechodzi sam siebie i ratuje Obcych przed Ziemianami. Wikus z „Dystryktu 9” nie dorasta mu do pięt, bo ani przystojny, ani Amerykanin (raczej Afrykaner), ani nie wiemy, czy rzeczywiście uratował Obcych.

Koniec „spojlera”.

„Avatar” jest filmem, który robi pewne wrażenie, zapewne tym większe, im lepiej ogląda nam się 3D. Żałuję, że mnie trójwymiarowość dała się we znaki, bo przez to zapewne wiele straciłem. Żałuję też, że tyle pary (wysiłku grafików) poszło w gwizdek (film o fabule porównywalnej, o ile nie gorszej niż „Pocahontas”). Choć to moja subiektywna ocena, nie omieszkam też raz jeszcze wspomnieć, że „kreska”, jaką wszystko zostało narysowane w wielu miejscach niezbyt mi odpowiadała. W całej historii, choć jej nie ma za wiele, jest też kilka dziur, które irytują, choć pojawia się jeden czy dwa wątki, które rozwinięte mogły by nadać całości charakter science-fiction. Pozostała nam jednak tylko polukrowana bajka. W przypływie złośliwości mógłbym powiedzieć, że dobre i to. W rzeczywistości jednak myślę, że można na ten film pójść. Ot, tak, żeby zobaczyć, na jakim etapie jest współczesna technika.

Komentarze

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz, wyrażasz zgodę na jego publikację na zasadach licencji CC BY-SA 3.0 PL. Autor zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy, szczególnie w przypadku wypowiedzi wulgarnych i niezwiązanych z tematem dyskusji.

(W komentarzach działa Markdown bez obrazków. HTML jest wyłączony.)

Aby dodać komentarz, wpisz kod z obrazka:

Creative Commons License 2007–2010 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk

Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.

Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.

Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.

Całość napędza JoggerPL.