vmario na jabber.gda.pl

Dziennik Virginii Woolf

06 stycznia 2010 @ 13:43:51. Poziom 0. Kategorie: Recenzje.

Podczas pobytu w domu podczytywałem skrócone wydanie dziennika Virginii Woolf. (Na razie zdążyłem przeczytać tylko jedną piątą książki, także niektóre z poniższych uwag mogą ulec zmianie). Nigdy nie miałem jeszcze do czynienia z twórczością tej pisarki, ale pewne wyobrażenie jej osoby dał mi, notabene bardzo udany, film „Godziny”. Dziennik okazał się mniej więcej taki, jak się spodziewałem. Duża doza kobiecego i pisarskiego spojrzenia na świat: jakieś spotkanie towarzyskie (z nastawieniem na opisy osobowości nie zdarzeń), nowa sukienka, ciągłe rozglądanie się za nowym mieszkaniem, sprzeczka ze służącą itp. Wszystko to w melancholijnym klimacie przyprawionym lekką ironią, która jest składową stałą tego utworu.

Szczerze mówiąc gdyby nie ta ironia i sprawność, z jaką Virginia Woolf posługuje się językiem, dziennik byłby śmiertelnie nudny. Jak sama pisze w notatce z 22 listopada 1917 roku:

Następnie, wzniósłszy się cudownie ponad sprawy personalne, rozmawialiśmy o literaturze i estetyce. Roger zapytał, czy opieram swoją twórczość na teksturze czy strukturze; skojarzyłam strukturę z fabułą, więc odpowiedziałam: „Na teksturze”.

Virginia Woolf, „Chwile wolności. Dziennik 1915–1941” („A Moment's Liberty. The Shorter Diary”)

I tak właśnie jest z dziennikiem — mało tu struktury, ale za tekstura jest doskonała. Zresztą nie dziwię się, że Virginia nie opisywała zanadto szczególnie osobistych spraw, w końcu taki ekshibicjonizm to nie są wyżyny sztuki literackiej. Dziwi mnie za to brak Leonarda Woolfa w tym wszystkim. Oczywiście, autorka pisze o nim dość często, ale zupełnie tak, jakby był jednym z mniej ważnych domowników. Zresztą, biorąc pod uwagę charakter ich związku pewnie jest to naturalne.

Mimo braku porywającej fabuły dziennik czytałem z prawdziwą przyjemnością. Nie jest to lektura tego typu, że chciałoby się ją w całości pochłonąć jednego dnia — to raczej książka z gatunku tych, które świetnie smakują regularnie dozowane. Nie mogę też oprzeć się wrażeniu, że gdzieś między wierszami zapisany jest jeszcze drugi, poruszający znacznie głębsze tematy dziennik, przez autorkę może wcale niezamierzony i przy pobieżnej lekturze niedostępny dla czytelnika.

Swoją drogą, ciekaw jestem czy dziś jeszcze ktoś pisze takie dzienniki — takie nie na pokaz, takie do szuflady, a przy tym jednak dalekie od bylejakości, ba!, będące swoistym arcydziełem? Blog chyba nie daje szansy na stworzenie czegoś takiego. Z jednej strony swoim publicznym charakterem ogranicza pewne wynurzenia, z drugiej, jeżeli ktoś chce szokować, wymusza wyrazisty charakter pojedynczego wpisu. Nie ma tu miejsca na budowanie całymi latami głębokiego obrazu swojej osoby i otoczenia. Nie oznacza to, iż blog nie może być literacko wartościowy, po prostu siłą rzeczy będzie miał inny charakter.

Komentarze

Dodaj komentarz

Wysyłając komentarz, wyrażasz zgodę na jego publikację na zasadach licencji CC BY-SA 3.0 PL. Autor zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy, szczególnie w przypadku wypowiedzi wulgarnych i niezwiązanych z tematem dyskusji.

(W komentarzach działa Markdown bez obrazków. HTML jest wyłączony.)

Aby dodać komentarz, wpisz kod z obrazka:

Creative Commons License 2007–2011 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk

Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.

Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.

Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.

Całość napędza JoggerPL.