Pamiętam z dzieciństwa cykl telewizyjny „Perły z lamusa”, prowadzony przez niezapomnianego Zygmunta Kałużyńskiego i Tomasza Raczka. Cykl nadawany był w TVP2, bodaj w niedzielę koło południa, oglądałem go więc dosyć często i pewnie wtedy zakiełkował we mnie sentyment do starego dobrego hollywoodzkiego kina, którego to sentymentu nie zdołała zgasić niechęć do sztampy i wszystkiego co wpasowuje się w nurt popkultury.
Postanowiłem zacząć Nowy Rok od czegoś nietypowego, sięgnąłem więc po film będący niewątpliwie perłą z lamusa — „Śniadanie u Tiffany’ego” („Breakfast at Tiffany’s”). Chyba każdy zna ten tytuł przynajmniej ze słyszenia, sam pamiętałem z niego nawet kilka scen, nigdy chyba jednak nie oglądałem go w całości. Melodramat, nawet nie zanadto ckliwy i zahaczający o coś w rodzaju komedii romantycznej, nie jest jednak tym, co tygryski lubią najbardziej i pewnie bym sobie film darował, gdyby nie Audrey Hepburn, która gra w nim główną rolę.
Podstawą scenariusza była książka Trumana Capote’a o tym samym tytule, jednak z opinii o filmie wywnioskowałem, iż mamy do czynienia z dość swobodną interpretacją oryginału. W szczególności kreacja Hepburn wydaje mi się być odległa od książkowego pierwowzoru. Szczerze mówiąc, myślę, że film miał opowiadać o nowojorskiej call girl, która przyjechała do wielkiego miasta z jakiegoś Tulip w Teksasie, ale Audrey tę postać zniszczyła… po czym stworzyła na nowo, we właściwym sobie stylu, zapisując się na zawsze w historii kina.
Kto tak jak ja kojarzy Audrey Hepburn z „Rzymskich wakacji” i „Zabawnej buzi” nie może się oprzeć wrażeniu, że najwulgarniejszą postacią, jaką byłaby ona w stanie zagrać jest kokieteryjna miłośniczka starszych a bogatych mężczyzn, bo nawet określenie dama do towarzystwa wydaje się zbyt mocne. Dziwi więc decyzja twórców filmu, by odrzucić kandydaturę Marilyn Monroe (bo co mógł mieć do powiedzenia Capote?) i zaangażować Hepburn. Nie ma jednak co gdybać — to jedna z moich ulubionych aktorek zagrała Holly Golightly i choć stworzyła postać trochę naiwną i mało autentyczną, to jednak niewątpliwie bardzo sympatyczną i w swoim ekscentryzmie niezwykle urokliwą.
Zresztą cały film jest bardzo udany. Ostatnia scena jest genialna i idealnie wpasowuje się w gatunek melodramatu. Pierwsza też jest świetna: Holly wcinająca croissanty i popijająca kawę przed witryną sklepu Tiffany’ego to pomysł jedyny w swoim rodzaju, zwłaszcza, że za chwilę dowiadujemy się, co ona w tym wszystkim widzi. Wiele innych scen w „Śniadaniu…” również zasługuje na uwagę, jak choćby absolutnie zakręcona sekwencja przyjęcia. Niby nie wybucha się przy tym śmiechem, ale za to przyjęcie oddałbym wiele współczesnych scen komediowych.
Na grze aktorskiej szczególnie się nie znam, ale niektóre kreacje bardzo mi się podobają; Paulowi Varjakowi, granemu przez Georgea Pepparda nie mam nic konkretnego do zarzucenia, a 2E grana przez Patricię Neal jest więcej niż udana. Nawet pan Yunioshi nie razi mnie szczególnie, choć sami twórcy filmu przy każdej okazji w pokorze spuszczają głowę i zarzekają się, że gdyby mogli nakręcić film jeszcze raz, to obsadzili w tej roli rodowitego Japończyka, a już na pewno nie Mickey Rooney’a. (Wyszło jednak, jak wyszło i pan Yunioshi pojawił się nawet w fabularyzowanej biografii Bruce’a Lee „Dragon: The Bruce Lee Story” jako przykład rasizmu w kinie). Z postaci trzecioplanowych moją uwagę przykuł świetnie zagrany sprzedawca od Tiffany’ego, w którego wcielił się John McGiver.
Fabuła filmu jest zupełnie do rzeczy, a muzyka znakomicie buduje klimat i choćby z tego względu dwa Oscary dla Henry’ego Manciniego wydają się zasłużone. Poza tym ckliwe „Moon River” znakomicie pasuje do osoby, którą w rzeczywistości jest Holly.
Całość to po prostu klasyka, pozycja obowiązkowa dla miłośników starego kina. Szkoda, że takich filmów już się nie robi.
Kiedyś można było odbiegać od fabuły książki i nikt nie krzyczał (oprócz autora... który zamykał się kiedy film odnosił sukces).
Dziś albo fani podniosą wrzask (najnowszy Harry Potter) albo filmowcy muszą trzymać się gniota (pierwszy Twilight).
Przepraszam, że przykłady tylko z kina "genre", ale ostatnio tylko w nim siedzę.
@Minstrel: Ależ ja nie krzyczę — o ile to przytyk do mnie — po prostu zaznaczam fakt, a nawet nie fakt, a swoje odczucie, bo książki nie czytałem. Nie twierdzę, że film podobałby mi się bardziej, gdyby był wierną adaptacją albo gdyby w Holly wcieliła się MM, jak chciał tego autor książki (i nie tylko on zresztą).
A jeżeli pisałeś ogólnie… hmmm… może to kwestia siły i wieku fanów. Nie sądzę, żeby książka Capote’a miała tak zagorzałych fanów, zwłaszcza wśród nastolatków, jak chociażby Harry Potter. Oni siedzą po uszy w świecie wykreowanym przez pisarza i to chyba naturalne, że chcą na ekranie zobaczyć coś, co będzie wiernie oddawało treść utworu. Zresztą trzeba by każdy przypadek rozpatrywać indywidualnie. Zapewne czasem larum jest uzasadnione, a czasem filmowcom należy się uznanie za to, że zrobili rzecz po swojemu.
Zresztą kiedyś nie było Internetu, więc gdzie fani mieli krzyczeć? Do gazet ani TV nikt by ich nie dopuścił.
To nie był przytyk do ciebie, spoko wodza. ;)
Ale mi ogólnie chodziło o to, jak wielu twórców niepotrzebnie trzyma się oryginału.
Wysyłając komentarz, wyrażasz zgodę na jego publikację na zasadach licencji CC BY-SA 3.0 PL. Autor zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy, szczególnie w przypadku wypowiedzi wulgarnych i niezwiązanych z tematem dyskusji.
2007–2011 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.