Jak zapewne wiemy z lekcji religii na okres adwentu należy przyjąć jakieś postanowienie. Niejedzenie cukierków jest już w moim wieku cokolwiek infantylne, zresztą, jako działanie pokutne, lepiej pasuje do Wielkiego Postu. Roraty to pomysł dobry w każdym wieku, ale wybitnie hardkorowy i czasem mam wrażenie, że ja już swoje wychodziłem, przynajmniej na wiele najbliższych lat. Musiałem zatem wymyślić coś oryginalnego.
Przypomniałem sobie, że w szkole zdarzyło się raz czy dwa na jakichś lekcji, że nauczyciel kazał nam zastanowić się nad naszymi wadami i zaletami; oczywiście, nie zmuszano nas do publicznego dzielenia się tymi przemyśleniami. Czemu to miało wówczas służyć — nie potrafię teraz powiedzieć, niemniej doszedłem do wniosku, że warto by powtórzyć ten eksperyment na nieco szerszą skalę. Postanowiłem zatem przez cały adwent codziennie zapisywać jedną swoją zaletę i jedną wadę, starając się w miarę możliwości unikać prostych schematów typu „łapię wiele srok za ogon” — „poszerzam horyzonty”. Chciałem dojść do jakichś nowych wniosków, a nie usprawiedliwiać się przed samym sobą.
Postanowienie w dużej mierze udało mi się zrealizować, choć często o nim zapominałem i zdarzało mi się czasem jednego wieczoru nadrabiać zaległości z kilku dni. Zadanie nie było takie proste, na jakie wyglądało. Owszem, w pierwszych dniach szło łatwo, ale już po tygodniu wymagało główkowania. Jak to? Tak trudno wymienić więcej niż siedem własnych wad i siedem zalet? Ano, było mi trudno, zwłaszcza jeżeli chodzi o te drugie. Założyłem sobie dodatkowo, że nie będę wypisywał wad, na które nie ma się wpływu, jak jakieś niedoskonałości fizyczne, ani zalet o podobnym charakterze. W końcu to wszystko miało służyć czemuś innemu niż użalanie się nad sobą czy chełpienie się.
Pierwsze wnioski pojawiły się już po tygodniu — łatwiej wypisywać jest wady. I zajmują one więcej miejsca. Dosłownie i w przenośni. Wypisując wady zastrzegałem dodatkowe warunki, podawałem okoliczności, dodawałem epitety, krótko mówiąc, każda wada była jako-tako zarysowana. Zalety dla odmiany streszczały się w góra kilku słowach, a nierzadko zapisywałem tylko pojedynczy wyraz.
Całość zaczęła przypominać coś na kształt białego poplamionego obrusu. Patrząc na taki obrus widzi się przede wszystkim właśnie plamy. Podobnie jest z wadami, które widzi się codziennie, narzeka się na nie, czasem z nimi walczy, ale zapomnieć o nich się nie da. Zalety zaś są jak dobrze naoliwiona maszyna — ich pracy się po prostu nie zauważa.
No dobrze, ale co dalej, bo to wszystko zbyt odkrywcze nie było… Cóż… siedzę teraz nad tą kartką i tak naprawdę — nie wiem. Do kilku wniosków doszedłem, może jeszcze jakiś mi się nasunie, w każdym razie nie uważam, że pomysł był głupi. Taki mały, prosty eksperyment psychologiczny. Myślę, że warto spróbować.
Ciekawi mnie brak jakichkolwiek komentarzy do wpisu. Czy być katolikiem jest teraz niemodne? Takie odnoszę wrażenie.
Pod dziesiątkami wpisów nie mam komentarzy :P Zresztą nie uważam, by ten wpis był szczególnie „katolicki” — ot, takie tam dyrdymały, mogły nawet nie być związane z adwentem.
Choć można pomyśleć o eksperymencie: porównać reakcję ludzi na publiczne korzystanie z mali i z różańca. Albo piątkową wstrzemięźliwość i wegetarianizm. Nie byłbym zdziwiony, gdyby duchowość katolicka rzeczywiście okazałaby się mniej „modna” ;)
Wysyłając komentarz, wyrażasz zgodę na jego publikację na zasadach licencji CC BY-SA 3.0 PL. Autor zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy, szczególnie w przypadku wypowiedzi wulgarnych i niezwiązanych z tematem dyskusji.
2007–2010 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.