vmario na jabber.gda.pl

Polityczne kalambury i przezwiska

30 stycznia 2010 @ 11:50:37. Poziom 0. Kategorie: Myśli spisane.

Zauważyłem, że Internauci pisząc o politykach, częściej chyba niż w jakiejkolwiek innej sytuacji, używają wszelkiej maści przezwisk i kalamburów. Myślałem, że może się tylko czymś zasugerowałem i wrażenie jest fałszywe, ale przedwczorajszy wpis torero przekonał mnie o słuszności założonej tezy. Język tego wpisu, z całym szacunkiem dla autora lubianego przeze mnie bloga, bierze już kurs na fowizm inspirowany pismem pokemoniastym i wymaga pewnej gimnastyki umysłowej przy rozszyfrowywaniu właściwej treści.

Mam świadomość, że moje problemy wynikają w dużej mierze z nieznajomości aktualnych trendów w polityce. Ba!, jako entuzjasta Wolnego Oprogramowania i wolnej kultury sam lubię użyć błyskotliwego sformułowania w rodzaju „Micro$oft”, „Winzgroza”, „MAFIAA” czy „szMATLAB”. Blogując staram się jednak ograniczać co najwyżej do drobnych manipulacji w rodzaju zastępowania wyrażenia „system operacyjny Windows” frazą „środowisko Windows”, czy „przeglądarka Internet Explorer” — „program Internet Explorer”. Zresztą nawet gdybym chciał, nie dorównałbym niektórym w wyławianiu wewnątrz wyrazów sylab „po” i „pis” i zapisywaniu ich wielkimi literami.

To chyba jednak wyraz jakiejś politycznej nieświadomości napisać „Lech Kaczyński” zamiast „Kaczor” czy „Donald Tusk” zamiast „Słoneczko”. (To ostatnie określenie jest zresztą genialne — czułe „Słoneczko” użyte do wyrażenia dezaprobaty, a czasem nawet pogardy).

Czytaj dalej »

Inferno

25 stycznia 2010 @ 23:18:54. Poziom 0. Kategorie: Cytaty, Myśli spisane, Recenzje.

„Inferno” to polski film z 2001 roku w reżyserii Macieja Pieprzycy. Jest dostępny na stronach TVP i można go obejrzeć on-line.

O „Inferno” nigdy wcześniej nie słyszałem, mimo iż niewątpliwie warte jest uwagi. Film opowiada historię trzech licealistek: Baśki, zwanej Xeną, Anki i Ingi, czyli Inez. Szczerze mówiąc, z początku nieco się zniechęciłem do oglądania, w czym niemały udział miała kreacja Katarzyny Bujakiewicz, która wcieliła się w rolę „słodkiej idiotki” Ingi. Ot, zapowiada się kolejny głupawy film o młodzieży, pomyślałem sobie, ale już za chwilę zmieniłem zdanie i wciągnąłem się w akcję.

Akcja ukazana jest nieco achronologicznie, ale bez zbędnego chaosu. Zabieg ten nie tylko urozmaica fabułę, ale ułatwia porównanie różnych postaw i zachowań tych samych osób. Muzyka dobrze wpasowuje się w klimat poszczególnych scen. W filmach o młodzieży zawsze obawiam się przede wszystkim dwóch rzeczy. Po pierwsze — zbyt dojrzale wyglądających aktorów — tu Monika Kwiatkowska grająca Xenę wydała mi się zdecydowanie zbyt poważna, okazało się jednak, że pasuje to do jej postaci. Po drugie — naturalizmu budowanego przede wszystkim przez wulgaryzację języka i zachowań. Na szczęście „Inferno” mimo mrocznego klimatu i ciężkiej tematyki posługuje się bardziej wyrafinowanymi środkami wyrazu niż zastąpienie w scenariuszu wszystkich przecinków panią lekkich obyczajów.

Czytaj dalej »

Autopiraci

16 stycznia 2010 @ 23:34:25. Poziom 0. Kategorie: Myśli spisane, Znalezione.

Przy okazji wpisu o „minidrukarni” Expresso Book Machine na blogu kkk quest przywołał sprawę udostępniania przez Paula Coelho swoich własnych książek na blogu. Myliłby się jednak ten, kto podejrzewałby sławnego pisarza o wspieranie wolnej kultury. Nie, Coelho beztrosko łamie prawa swoich wydawców i tłumaczy. Sam fakt łamania praw majątkowych do własnych utworów nie budzi we mnie szczególnego zgorszenia — nie wiem, co podpisywał autor „Alchemika”, ale to jest sprawa między nim a wydawcą (no i tłumaczami). Za to wkurza mnie, że promuje on piractwo zamiast wolnej kultury.

Już od dawna, zwłaszcza w branży muzycznej, obserwuję modę na jeżdżenie po wydawcach. Domyślam się, że muzycy mają powody do zdenerwowania, szkoda tylko, że swej złości dają upust zachęcając do piractwa, zamiast skupić się na legalnej dystrybucji swoich utworów np. na licencji Creative Commons. Rozumiem, że chciałoby się mieć i trochę kasy z wytwórni, i zdobyć fanów wśród ludzi nienawykłych do kupowania płyt, ale wydaje mi się to trącić hipokryzją.

Oczywiście, nagłaśnianie wyzysku twórców przez wydawców, czy po prostu pokazywanie nowych metod dystrybucji, może wywrzeć pozytywny wpływ na rozwój prawa autorskiego, czy jednak nie jest to raczej niedźwiedzia przysługa? Grupa zbuntowanych „autopiratów”, którzy prędzej czy później i tak wrócą do wytwórni z podkulonym ogonem to nie jest to, czego mogliby sobie życzyć entuzjaści wolnej kultury. Mnie znacznie bardziej cieszy każdy artysta, który choć część swojej twórczości udostępnia za darmo, ale legalnie — dając jasno do zrozumienia, że tak się da, że to mu się opłaca; a przy okazji nie robiąc kłopotów tym, którzy pobierają jego utwory.

Ja też już byłem…

11 stycznia 2010 @ 19:48:26. Poziom 0. Kategorie: Recenzje.

Wszyscy byli i ja też już byłem na „Pocahontas” „Avatarze”. Tak, na seans udałem się z negatywnym nastawieniem, ale nie mógłbym spojrzeć wnukom w oczy, gdyby zapytały: „A dziadzio był na pierwszym filmie z dźwiękiem? Pewnie nie? A na »Avatarze« dziadzio był, czy już wtedy wszystko było w 3D?”. Sami widzicie, nie miałem wyboru — przez wzgląd na przyszłe pokolenia.

Powodowała mną także ciekawość. To był mój pierwszy trójwymiarowy film i liczyłem, że rzeczywiście zobaczę zaczątki jakiegoś przełomu w kinematografii. Po założeniu okularów byłem zachwycony. Zdecydowanie trójwymiarowe reklamy robią wrażenie. Niestety, trójwymiarowy film po kilkudziesięciu minutach mnie po prostu zmęczył. Bardzo możliwe, że mam pecha i moje oczy nie najlepiej reagują na współczesną technikę, ale faktem jest, że poza kilkoma scenami, zresztą tymi niby mniej efektownymi bo wewnątrz pomieszczeń, a nie w plenerach Pandory, 3D po prostu mnie wkurzało.

Czytaj dalej »

Alma

08 stycznia 2010 @ 22:17:43. Poziom 0. Kategorie: Znalezione.

Natknąłem się właśnie na coś utrzymanego leciutko w klimacie „The Heart Collector” jednak wyróżniającego się znacznie lepszą animacją i dźwiękiem. Krótkometrażowy film nosi tytuł „Alma”, został wyreżyserowany przez niejakiego Rodrigo Blaasa i w okresie świątecznym jest dostępny publicznie. Warto poświęcić 5 minut i rzucić na to okiem. Najlepiej obejrzeć na pełnym ekranie wersję HD dostępną na Vimeo.

Dziennik Virginii Woolf

06 stycznia 2010 @ 13:43:51. Poziom 0. Kategorie: Recenzje.

Podczas pobytu w domu podczytywałem skrócone wydanie dziennika Virginii Woolf. (Na razie zdążyłem przeczytać tylko jedną piątą książki, także niektóre z poniższych uwag mogą ulec zmianie). Nigdy nie miałem jeszcze do czynienia z twórczością tej pisarki, ale pewne wyobrażenie jej osoby dał mi, notabene bardzo udany, film „Godziny”. Dziennik okazał się mniej więcej taki, jak się spodziewałem. Duża doza kobiecego i pisarskiego spojrzenia na świat: jakieś spotkanie towarzyskie (z nastawieniem na opisy osobowości nie zdarzeń), nowa sukienka, ciągłe rozglądanie się za nowym mieszkaniem, sprzeczka ze służącą itp. Wszystko to w melancholijnym klimacie przyprawionym lekką ironią, która jest składową stałą tego utworu.

Szczerze mówiąc gdyby nie ta ironia i sprawność, z jaką Virginia Woolf posługuje się językiem, dziennik byłby śmiertelnie nudny. Jak sama pisze w notatce z 22 listopada 1917 roku:

Następnie, wzniósłszy się cudownie ponad sprawy personalne, rozmawialiśmy o literaturze i estetyce. Roger zapytał, czy opieram swoją twórczość na teksturze czy strukturze; skojarzyłam strukturę z fabułą, więc odpowiedziałam: „Na teksturze”.

Virginia Woolf, „Chwile wolności. Dziennik 1915–1941” („A Moment's Liberty. The Shorter Diary”)

Czytaj dalej »

Perły z lamusa: „Śniadanie u Tiffany’ego”

04 stycznia 2010 @ 20:27:41. Poziom 0. Kategorie: Recenzje.

Pamiętam z dzieciństwa cykl telewizyjny „Perły z lamusa”, prowadzony przez niezapomnianego Zygmunta Kałużyńskiego i Tomasza Raczka. Cykl nadawany był w TVP2, bodaj w niedzielę koło południa, oglądałem go więc dosyć często i pewnie wtedy zakiełkował we mnie sentyment do starego dobrego hollywoodzkiego kina, którego to sentymentu nie zdołała zgasić niechęć do sztampy i wszystkiego co wpasowuje się w nurt popkultury.

Postanowiłem zacząć Nowy Rok od czegoś nietypowego, sięgnąłem więc po film będący niewątpliwie perłą z lamusa — „Śniadanie u Tiffany’ego” („Breakfast at Tiffany’s”). Chyba każdy zna ten tytuł przynajmniej ze słyszenia, sam pamiętałem z niego nawet kilka scen, nigdy chyba jednak nie oglądałem go w całości. Melodramat, nawet nie zanadto ckliwy i zahaczający o coś w rodzaju komedii romantycznej, nie jest jednak tym, co tygryski lubią najbardziej i pewnie bym sobie film darował, gdyby nie Audrey Hepburn, która gra w nim główną rolę.

Podstawą scenariusza była książka Trumana Capote’a o tym samym tytule, jednak z opinii o filmie wywnioskowałem, iż mamy do czynienia z dość swobodną interpretacją oryginału. W szczególności kreacja Hepburn wydaje mi się być odległa od książkowego pierwowzoru. Szczerze mówiąc, myślę, że film miał opowiadać o nowojorskiej call girl, która przyjechała do wielkiego miasta z jakiegoś Tulip w Teksasie, ale Audrey tę postać zniszczyła… po czym stworzyła na nowo, we właściwym sobie stylu, zapisując się na zawsze w historii kina.

Czytaj dalej »

Podsumowanie postanowienia adwentowego

03 stycznia 2010 @ 20:47:26. Poziom 1. Kategorie: Myśli spisane, Ogólne.

Jak zapewne wiemy z lekcji religii na okres adwentu należy przyjąć jakieś postanowienie. Niejedzenie cukierków jest już w moim wieku cokolwiek infantylne, zresztą, jako działanie pokutne, lepiej pasuje do Wielkiego Postu. Roraty to pomysł dobry w każdym wieku, ale wybitnie hardkorowy i czasem mam wrażenie, że ja już swoje wychodziłem, przynajmniej na wiele najbliższych lat. Musiałem zatem wymyślić coś oryginalnego.

Przypomniałem sobie, że w szkole zdarzyło się raz czy dwa na jakichś lekcji, że nauczyciel kazał nam zastanowić się nad naszymi wadami i zaletami; oczywiście, nie zmuszano nas do publicznego dzielenia się tymi przemyśleniami. Czemu to miało wówczas służyć — nie potrafię teraz powiedzieć, niemniej doszedłem do wniosku, że warto by powtórzyć ten eksperyment na nieco szerszą skalę. Postanowiłem zatem przez cały adwent codziennie zapisywać jedną swoją zaletę i jedną wadę, starając się w miarę możliwości unikać prostych schematów typu „łapię wiele srok za ogon” — „poszerzam horyzonty”. Chciałem dojść do jakichś nowych wniosków, a nie usprawiedliwiać się przed samym sobą.

Czytaj dalej »

Creative Commons License 2007–2009 Mariusz Chilmon, Augustów – Gdańsk

Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.

Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.

Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.

Całość napędza JoggerPL.