W związku z niedawno wprowadzonym zakazem sprzedaży śmiercionośnych (bardziej niż papierosy czy tzw. „dopalacze”, bo te wciąż można sprzedawać) stuwatowych żarówek „Fakt” pisał o „bolszewickim terrorze ekologów”. Moje prywatne piekło zamarzło wtedy po raz pierwszy od wieków, bo nie tylko pochwaliłem ten brukowiec za ułańską fantazję, ale i przyznałem po części rację artykułowi zrównującemu z ziemią świetlówki.
Fenomen eschatologiczno-meteorologiczny powtórzył się parę dni temu, oto bowiem znów oburzyłem się na Unię Europejską i ze zdziwieniem (żeby nie użyć staropolskiego „z pewną taką nieśmiałością”) stanąłem w obronie Microsoftu, a w szczególności jego prawa do sprzedawania ludziom funkcjonalnych produktów.
Na OSnews.pl możemy przeczytać o tym, że nowy program Microsoftu — Microsoft Security Essentials, chroniący przed złośliwym oprogramowaniem — nie będzie dołączany do systemu Windows:
W celu uniknięcia pozwów o praktyki monopolistyczne, MSE nie będzie instalowane wraz z systemem ─ użytkownik będzie musiał sam pobrać program ze strony Microsoftu.
Jest to zapewne skutek, zakończonej czymś w rodzaju sukcesu, nagonki na Internet Explorera. Dawniej uznałbym ekran wyboru przeglądarki za powód do chwały, dziś postrzegam go raczej jako wstydliwy dowód tego, że ludziom trzeba wolność wciskać siłą, nawet jeżeli jest to pozbawione sensu. I nie chodzi mi o to, że kto zechce wybrać znienawidzoną przeze mnie przeglądarkę, to wybierze ją w tym śmiesznym okienku, ale właśnie o to, że Microsoftowi utrudnia się oferowanie funkcjonalnego produktu.
Od dawna mam w zwyczaju nazywać Windowsa „środowiskiem” a nie „systemem operacyjnym”, bo nie daje on użytkownikowi niektórych podstawowych narzędzi (choćby jakiegoś środowiska programistycznego), a te, które są dostępne, wołają o pomstę do nieba (np. Notatnik jako edytor tekstu). Zawsze jednak winę za to ponosił tylko i wyłącznie producent. Teraz nagle okazuje się, że to prawo utrudnia tworzenie spójnych, wygodnych i funkcjonalnych rozwiązań. Żeby było śmieszniej, znaczącą rolę zdała się tu odegrać pewna norweska firma, która najwyraźniej nie mogła przeboleć, że jej kombajn nie wytrzymuje konkurencji nie tylko z Internet Explorerem, ale także z ubogim i (po)wolnym Firefoksem. Cóż, trzeba przyznać, że o Operze na pewno było głośno.
Wracając do żarówek, scenka z chwili, gdy piszę te słowa: mój pokój oświetla energooszczędna świetlówka o mocy 15W. Rozgrzewa się długo, co trochę irytuje, ale daje radę, zwłaszcza, że w razie potrzeby doświetlam sobie biurko halogenem, który zużywa jeszcze ze dwa…trzy razy tyle mocy + straty na transformatorze. W sumie mieszczę się w 75W. Poprzedni lokator korzystał z żyrandola pochłaniającego 200W (sic!) i nie miałby żadnych problemów z zakupem źródeł światła, bo w żyrandolu pracowały cztery 50-watowe halogeny. Oczywiście, jego własnym widzimisię było to, jak często włączał oświetlenie, tak samo, jak nikt nie gasi mi teraz dodatkowej lampki, choć świeci się ot, tak sobie. Skoro jednak 100-watowe żarówki są takim złem, że należy zakaz ich sprzedaży, to czy ja teraz też powinienem czuć się jak złoczyńca? A może rozsądniej było zakazać sprzedaży właśnie lamp halogenowych, które zazwyczaj pobierają dużo mocy i to w celach tak praktycznych, jak i dekoracyjnych?
Nie lubię, gdy prawo tak głęboko ingeruje w życie obywateli, choć ingerencje te są niewspółmierne do korzyści. Ktoś chce produkować system ze swoją przeglądarką internetową, niech to robi. Ktoś nie lubi świetlówek, niech przyświeca sobie 100-watową bulwą. Oszczędności niech państwo szuka w przetargach na oprogramowanie i latarniach ulicznych.
Nie lubię, gdy prawo tak głęboko ingeruje w życie obywateli, choć ingerencje te są niewspółmierne do korzyści. Ktoś chce produkować system ze swoją przeglądarką internetową, niech to robi. Ktoś nie lubi świetlówek, niech przyświeca sobie 100-watową bulwą. Oszczędności niech państwo szuka w przetargach na oprogramowanie i latarniach ulicznych.
Wolność nie może być przymusem, gdyż byłoby to sprzeczne z ideą wolności. Pod tym, co napisałeś, podpisuję się wszystkimi witkami jakie posiadam :]
Kto chce jeździć samochodem wyrzucającym do atmosfery kilogramy gazów też powinien takim jeździć? Chociaż przyznam, że halogeny, też są nie halo...
Odnośnie żarówek 100-watowych, to w 95% oprawek nie można wkręcać więcej niż 60- lub 75-watowych żarówek, więc problem z głowy. ;) Muszę sprawdzić czy na Wyspie Man (która nie jest w UE) też wycofują żarówki, bo inaczej miałbym nie tak daleko na zakupy. ;) Poza tym czy będą sprawdzać turystów na lotniskach tak, jak w przypadku papierosów? Nie ma to jak przemyt żarówek z Ukrainy...
@airborn: W tym przypadku korzyści są współmierne do ograniczeń, zwłaszcza, że wciąż masz wybór: gaz, benzyna, ropa czy prąd. Nie jestem anarchistą — jeżeli można prawnie zapobiec wyjeżdżaniu na ulice kopciuchów, to należy to zrobić. Zapalona 100-watowa żarówka nie wyrządza nikomu żadnej bezpośredniej szkody (abstrahując od teorii globalnego ocieplenia), za to już nastawiony na maksa 100-watowy wzmacniacz w środku nocy w jawny sposób narusza wolność sąsiadów, stąd nawet taka niby głupia rzecz jak cisza nocna jest potrzebna.
Wysyłając komentarz, wyrażasz zgodę na jego publikację na zasadach licencji CC BY-SA 3.0 PL. Autor zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy, szczególnie w przypadku wypowiedzi wulgarnych i niezwiązanych z tematem dyskusji.
2007–2010 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.