Jako że mam w tym semestrze zajęcia z przedmiotu o wdzięcznej nazwie Kultura Języka Polskiego, czuję się nie tylko upoważniony, ale wręcz zobowiązany do tropienia błędów i potworków językowych. Niestety, słabe nerwy rzadko pozwalają mi zaprzątać sobie głowę błędami ortograficznymi czy frazeologicznymi. Dziś wezmę zatem na tapetę pewną manierę typograficzną.
Nie wiem, skąd się wziął ten dziwny pomysł, nie obchodzi mnie też, jakie znajdujecie dla niego uzasadnienia, jestem za to pewien jednego — pogrubienia w co drugim zdaniu po prostu mnie wkurzają. Powodów jest kilka:
Nie wiem, na ile to wczorajszy wieczór z poezją śpiewaną (organizowany przez Stowarzyszenie Civitas Christiana), a na ile lekka śnieżyca za oknem, która po raz kolejny w tym roku pokrzyżowała mi plany. W każdym razie pogrążam się w błogim spokoju. Jest tak cicho. Komputer wyłączony. Telewizora też nie ruszam. Książka. Na matówce jakoś ciekawiej ten mały świat dokoła mnie wygląda. Krótka modlitwa. Pytania, które ostatnio trochę utrudniają mi zasypianie. Nawet one nabierają sensu. W ciszy w środku dnia.
Jeszcze kilka miesięcy temu byłem święcie przekonany, że moje pieniądze są w banku bezpieczne, bo nawet w przypadku bankructwa część pieniędzy przecież bym odzyskał (skąd mi to przyszło do głowy?), a w przypadku innych katastrof, typu wojna czy najazd szarych istot o wielkich oczach, miałbym większe zmartwienia.
Obserwując jednak okołobankowe skutki kryzysu (w sumie przyczyny też są okołobankowe) w obu Amerykach, dochodzę do wniosku, że ludzka, w tym moja, naiwność nie zna granic. Dlatego, jak tylko zarobię swój pierwszy milion, zacznę lokować w nieruchomościach. Po pierwszym miliardzie zacznę zastanawiać się nad złotymi sztabkami. Choć w przypadku najazdu Szarych mogłoby się okazać, że złoto uległoby dewaluacji, na korzyść… hmmm, bo ja wiem… kalifornu na przykład.
Co zatem zrobić? Jeżeli wszystko będzie szło, jak dotychczas, będzie można zainwestować w opatentowanie twierdzenia Pitagorasa lub przynajmniej quicksorta. Dopóki będzie funkcjonować patentowy reżim, taka inwestycja pozwoli wyprodukować dużo kalifornowych sztabek, a raczej sztabeczek. A te należy umieścić w bezpiecznym sejfie lub, jeszcze sprytniej, bezpiecznych sejfach rozsianych po całym świecie. I gotowe!
Gdyby ktoś chciał skorzystać z mojego pomysłu, polecam izotop 249. Okres połowicznego rozpadu może rozczarować wasze wnuki, ale cena jest niezła.
Zastanawialiście się kiedyś, jak zabezpieczyć się przed atakiem wampirów lub zombi? A do tego być gotowym do odparcia inwazji obcych, watahy wilkołaków i radzieckiego wywiadu? Przydałaby się broń bardziej uniwersalna niż osikowy kołek, a zarazem tańsza niż laserowa rusznica. Okazuje się, że w polskich laboratoriach opracowano substancję, która „działa szkodliwie na wszelkie formy życia”. Ha! Jeżeli uznamy zombi za formę życia, to jestem bezpieczny, gdyż mam w domu tę śmiercionośną broń. Niestety, zobowiązany jestem do zachowania tajemnicy…
PS Wpis sponsoruje prószący z nieba biały syf, brunatna breja na ulicach oraz ciemnobure niebo, które to od kilku dni skutecznie utrudniają mi realizowanie fotograficznych planów na ferie.
Niedawno skończyłem czytać „Annę Kareninę” Lwa Tołstoja. Do klasyki literatury nie sięgałem już dawno, ale tym razem chodziło nie tylko o zapoznanie się z dobrą książką, ale także o podszkolenie języka, bo wybrałem wydanie w oryginale, tj. w języku rosyjskim. Niestety, czasu na czytanie nie miałem zbyt wiele, także z tekstem nie mogłem sobie popracować — gdy czegoś nie rozumiałem, po prostu to pomijałem. Na szczęście większe problemy sprawiły mi tylko nieliczne fragmenty traktujące o polityce czy ekonomii. „Anna Karenina” jest powieścią psychologiczną, z domieszką romansu, więc w większości traktuje o ludziach, ich charakterach i uczuciach, a to, jak się okazało, nie wymaga specjalistycznego słownictwa.
Jeżeli chodzi o samą treść, to bardzo przypadła mi do gustu. Może fabuła mnie nie porwała, ale nie nudziłem się poznając kolejnych bohaterów, bardzo plastycznie opisywanych przez Tołstoja. Na ogół trochę się gubię, gdy autor wprowadza wielu bohaterów i każe mi śledzić równolegle ich losy, ale tym razem miałem wrażenie, że każdego z nich poznałem osobiście, dzięki czemu łatwiej mi było poukładać sobie wszystko w głowie.
Krótko mówiąc, polecam tę pozycję. Polecam też spróbować przeczytać książkę w obcym języku. Daje to dodatkową frajdę.
Korzystając z dobrodziejstw sesji (która jest zawsze źródłem różnego rodzaju pomysłów odwracających uwagę od nauki) wybraliśmy się dziś kilkuosobową ETIczną grupką do Centrum Hewelianum, a konkretnie na wystawę „Fiat Lux. Od Witelona do tomografu optycznego”, poświęconą optyce.
Wystawa niewątpliwie może sprawić frajdę dzieciakom. Nie zwrócą one uwagi na niedoróbki takie jak nieskalibrowany interferometr Michelsona czy plansze z błędami (i po prostu niedbale wykonanymi rysunkami), za to powinny być zainteresowane kolorami, laserami, złudzeniami optycznymi i zabawkami takimi jak peryskop czy kalejdoskop. Co prawda, wiele eksponatów wygląda na wyciągnięte ze strychu, kanciapy nauczyciela fizyki czy też nabyte tanim kosztem na Allegro, ale domyślam się, że trudno dawać na interaktywną wystawę precyzyjne przyrządy optyczne, tym bardziej, że nawet nam prawie udało się zniszczyć to i owo ;)
Swoją drogą, ciekawe, czy dziś dzieci jeszcze wiedzą, co to jest kalejdoskop, czy też znają się tylko na vertexach i antyaliasingu?
2007–2011 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.