Tydzień temu miałem mały wypadek i dzisiaj miałem się udać do chirurga w celu zdjęcia szwów. Domyślałem się, że zajmie mi to ze dwie godziny, mimo to dość długo zbierałem się z rana i w efekcie w przychodni akademickiej byłem dopiero około godziny dziesiątej. Przede mną było już coś koło dziesięciu osób, góra kilkanaście. Po pierwszej godzinie czekania przekonałem się, że kolejka nie tylko wlecze się sama z siebie, ale na dodatek zostaje, bodajże około godziny jedenastej, dodatkowo spowolniona przez przerwę w działaniu gabinetu. W ramach rozrywki dowiedziałem się też, że w innych przychodniach bardziej złożone zabiegi oraz zmiana opatrunków i zdejmowanie szwów bywają obsługiwane oddzielnie. Cóż, tutaj mamy równouprawnienie.
Po drugiej godzinie czekania błogosławiłem pomysł wzięcia ze sobą książki — raz, że nie zanudziłem się na śmierć, dwa, że jakoś spożytkowałem czas. Po kolejnych trzydziestu minutach liczyłem już, że wreszcie zostanę przyjęty, ale okazało się, że nie mam skierowania (na świstku z pogotowia było tylko „zalecenie lekarskie”, nie skierowanie). Niestety, a raczej na szczęście, nie mam doświadczenia w tych sprawach, pokornie zatem pobiegłem na górę do lekarza rodzinnego, gdzie kulturalnie wbiłem się na czoło kolejki i już po kilku minutach pobiegłem z powrotem na dół. Nie, nie z wypisanym skierowaniem, nie ma tak łatwo! W tajemniczy sposób przestałem dla naszej przychodni istnieć (czyżby tak, jak kiedyś dla przychodni w Augustowie?) i musiałem drugi raz wypełnić deklarację.
Ze świeżo wypełnionym świstkiem znów ochoczo pobiegłem na pięterko, wbiłem się w kolejkę, wkurzając już kolejną osobę pod gabinetem mojej pani doktor. Znów chwilkę zaczekałem. Wszedłem do gabinetu. Pani doktor przeprosiła mnie i wyszła. Zaczekałem kolejnych kilka minut. Pani doktor wróciła, szybciutko wypisała skierowanie i, jako żywo, mogłem wbić się w znaną i polubioną już przeze mnie kolejkę do gabinetu chirurgicznego. I tak oto po trzech godzinach czekania i załatwiania formalności odbył się zabieg, który nie trwał chyba nawet trzech minut…
Po tym zajściu zastanawiałem się, czy nie szkoda czasu na takie zabawy, przecież te kilka nitek można chyba i samemu usunąć. Niemniej na pewno lepiej, że rzucił na to oko fachowiec. Bo w całej tej historii nie niekompetencja, ba!, nawet nie żadna nieżyczliwość czy niegrzeczność mnie zdenerwowała, bo wszyscy byli w sumie w porządku. Istotą absurdu jest system. System służby zdrowia, w którym w przychodniach jest taki bałagan, że muszę się w nich po dwa razy rejestrować. Do tego dochodzi brak komunikacji między instytucjami. Skutkiem tego wizyta na pogotowiu wiąże się później z przesyłaniem zaświadczeń o opłaceniu składek.
Na wykładach z Wymiany i Składowania Danych Multimedialnych słuchamy o HL7 i innych cudownych pomysłach, które dla mnie są czystym science-fiction, bo jak przyjdzie co do czego, to muszę w tę i we w tę biegać z papierami. Ech…
Chyba lepiej by było, jakbyś z tą deklaracją udał się gdzie indziej. Najwyraźniej ta przychodnia funkcjonuje nienajlepiej i warto byłoby ją zmienić, a o ile się nie mylę, to po złożeniu deklaracji przez jakiś czas nie można jej zbyt łatwo zmienić...
Nie wiem, czy gdzie indziej byłoby lepiej. Do tej przychodni ze stancji mam ładny kawałek drogi, ale że na polibudę i tak przyjeżdżam od poniedziałku do piątku, to w sumie mam po drodze i mogę np. na jakimś wykładzie wyskoczyć do lekarza ;)
Zresztą, jak wspominałem, w Augustowie też miałem w przychodni na osiedlu problemy. Zniknęła moja karta i musiałem się zapisywać jeszcze raz.
Wysyłając komentarz, wyrażasz zgodę na jego publikację na zasadach licencji CC BY-SA 3.0 PL. Autor zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy, szczególnie w przypadku wypowiedzi wulgarnych i niezwiązanych z tematem dyskusji.
2007–2011 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.