Z okazji Świąt Bożego Narodzenia oraz chyżo zbliżającego się Nowego Roku, życzę Wam, moi drodzy Czytelnicy:
PS Miłośnikom noworocznych postanowień przypominam, że największą siłę mają postanowienia, które realizujemy od „tu i teraz”, nie od 1 stycznia czy od przyszłego tygodnia.
Przedwczoraj pojawiła się w polskich serwisach informacja o zbudowaniu przez kanadyjskiego konstruktora nazwiskiem Le Trung androida Aiko. Nie wiedzieć czemu, tu i ówdzie maszyna ta jest określana jako „perfect wife”, „urocza mechaniczna kobieta” czy też jeszcze bzdurniej, co sprawiło, że podszedłem do tematu dosyć emocjonalnie. O ile mniej humanoidalne konstrukcje, na ogół chyba pochodzące z Kraju Kwitnącej Wiśni, wzbudzały we mnie podziw, szczególnie, jeżeli były to maszyny kroczące, o tyle Aiko, wraz ze swoją cukierkowatą buzią i zapowiedziami Le Trunga o możliwości implementacji orgazmu, budzi raczej niesmak i czarne myśli na temat przyszłości naszego społeczeństwa.
Mam ACHOO. Nie wiedziałem, że ma to swoją nazwę, a ma. Okazało się też, że nie jestem w tym sam. Ulżyło mi.
Ta piosenka prześladuje mnie od paru dni. Natknąłem się na nią szukając informacji o języku hebrajskim. Hebrajski jest drugim obok łaciny językiem, który mi do niczego nie jest przydatny, a którego chciałbym się nauczyć, co, zapewne, nigdy nie dojdzie do skutku (bo skąd miałbym do tego wziąć motywację?). Niemniej „szma isra'el” bardzo mi się podoba, razem z kiczowatym klipem i pięknym tekstem.
Koh 11,5–6Jak nie wiesz, którą drogą duch wstępuje w kości,
co są w łonie brzemiennej,
tak też nie możesz poznać działania Boga,
który sprawia wszystko.
Rano siej swoje ziarno
i do wieczora nie pozwól spocząć swej ręce,
bo nie wiesz, czy wzejdzie jedno czy drugie,
czy też są jednakowo dobre.
Bardzo spodobał mi się ten fragment z Księgi Koheleta. Wielu ludzi kojarzy chrześcijaństwo, a już szczególnie katolicyzm z nudą i stagnacją. To jednak wina raczej samych chrześcijan, niż prawdziwie chrześcijańskiego sposobu myślenia o życiu. Oczywiście, trudno, by Kościół nie wymagał zachowywania pewnych norm, w tym także np. obrządków liturgicznych, ale istotą życia chrześcijanina jest poszukiwanie drogi do zbawienia i wskazywanie jej innym, a to wiąże się z ryzykownymi zagraniami, z angażowaniem się, zmienianiem swojego życia i całą masą innych działań. Sianie ziarna: jednego, drugiego, trzeciego, to nie tylko modlitwa i Msza święta — to także przełamywanie strachu i wstydu, poznawanie nowych ludzi i miejsc, porzucanie złudnego poczucia bezpieczeństwa na rzecz realizowania się w społeczeństwie.
Przypowieść o talentach, którą znajdujemy w dwudziestym piątym rozdziale Ewangelii według św. Mateusza mówi nie tylko o tych oczywistych talentach — do komponowania muzyki, malowania czy tańca — ale o każdej zdolności do podejmowania działań na rzecz dobra swojego i innych. Powiem więcej: wydaje mi się, że będziemy rozliczani przede wszystkim z tego, że potrafiliśmy się ciepło uśmiechnąć, a nie robiliśmy tego, że mieliśmy dar pocieszania, a nikogo nie przytuliliśmy, że przychodziło nam do głowy mnóstwo pomysłów na to, jak poprawić otoczenia dokoła, ale nigdy nie chciało się nam nawet kiwnąć palcem.
W ogóle myślę, że czułbym się jak ostatni idiota, gdybym stanął przed świętym Piotrem, a on zamiast takich czy innych błędów wytknął mi tylko jedno: dlaczego, Mariuszu, żeś nigdy nie wytknął nosa poza te malutkie kółko, w którym się czułeś jako-tako bezpiecznie? Przechodzą mnie ciarki na samą myśl o takim pytaniu.
Całe życie zdobywamy skarb, jakim jest szeroko pojęte doświadczenie. Doświadczenie owocuje czasem cnotą, ale na ogół musimy za to słono płacić. Za umiejętność radzenia sobie z bólem płacimy bólem właśnie, za pokorę płacimy wstydem, za odwagę — strachem, za spokój — łzami. Stopień skomplikowania tego rachunku, w którym stopa zwrotu jest zawsze nieznana, a ponadto może przyjmować wartości w bardzo szerokich granicach, sprawia, że wszelkie targi z własnym życiem są z założenia pozbawione sensu. Nie my rozdajemy losy i nie my rozdzielamy wygrane. Nie oznacza to jednak, że nie mamy nic do powiedzenia w tej grze. Po pierwsze, to my decydujemy, czy w ogóle chcemy grać. Po drugie, w naszej gestii leży inwestycja wygranej — możemy ją zniweczyć lub pomnożyć.
Poza tym (ale to już tylko dopisana po cichu adnotacja do powyższej teorii) mam wrażenie, że Bóg czasem puszcza do mnie oko i wtedy znajduję w kieszeni los, z którym nie bardzo wiem, co mam zrobić. Pozostaje mi wtedy tylko ufność, że Jego Opatrzność w przyszłości pozwoli mi odebrać wygraną. I że tej wygranej nie przegapię.
Tydzień temu miałem mały wypadek i dzisiaj miałem się udać do chirurga w celu zdjęcia szwów. Domyślałem się, że zajmie mi to ze dwie godziny, mimo to dość długo zbierałem się z rana i w efekcie w przychodni akademickiej byłem dopiero około godziny dziesiątej. Przede mną było już coś koło dziesięciu osób, góra kilkanaście. Po pierwszej godzinie czekania przekonałem się, że kolejka nie tylko wlecze się sama z siebie, ale na dodatek zostaje, bodajże około godziny jedenastej, dodatkowo spowolniona przez przerwę w działaniu gabinetu. W ramach rozrywki dowiedziałem się też, że w innych przychodniach bardziej złożone zabiegi oraz zmiana opatrunków i zdejmowanie szwów bywają obsługiwane oddzielnie. Cóż, tutaj mamy równouprawnienie.
Niedawno skończyłem czytać książkę Aleksandra Litwinienki i Jurija Felsztinskiego pt. „Wysadzić Rosję”. Faktografia śledztwa prowadzonego z ich udziałem jest przytłaczająca także ze względu na jej ogrom (nie przywykłem do lektur nafaszerowanych nazwiskami i skrótami instytucji, a tu sam indeks nazwisk liczy blisko pięć stron), ale przede wszystkim ze względu na charakter wydarzeń, o których mówi.
Teza przedstawiona w książce jest prosta: FSB, będąca następczynią KGB, jest odpowiedzialna za szereg mniej i bardziej udanych akcji terrorystycznych na terenie Federacji Rosyjskiej. Akcje te miały na celu stworzenie możliwości poszerzenia władzy ludzi związanych z FSB, w szczególności dzięki uzyskaniu casus belli wojny przeciw Czeczenii.
Dziś na blogu Adama Wajraka pojawił się wpis o naukowcach (pseudonaukowcach?) negujących globalne ocieplenie. Dziś też jeden z joggerowiczów przedstawił swoją, odmienną od na ogół nam serwowanej, wizję zmian klimatu.
Gdy jeszcze byłem w gimnazjum czy liceum, obraz człowieka zatruwającego Ziemię CO2, topniejących lodowców i smażących się pingwinów był czymś oczywistym. Szkoła ma jednak to do siebie, że przedstawia jako prawdy kłamstwa (że niby nie istnieje pierwiastek z -1, że akcja powieści s-f musi dziać się w przyszłości), co wynika niekoniecznie, ze złej woli i ignorancji — niektóre sprawy trzeba upraszczać. Niemniej po pewnym czasie człowiek zdaje sobie sprawę, że świat jest jeszcze bardziej skomplikowany niż jego obraz w szkolnych podręcznikach.
Tak właśnie rzecz ma się z globalnym ociepleniem. Raz, że owo ocieplenie za okres ostatnich 100 lat to na razie niecały 1°C (dane na podstawie Wikipedii), dwa, że wcale niekoniecznie musi ono reprezentować tendencję, którą należałoby ekstrapolować na kolejny wiek, trzy, że przyczyną zmian klimatu nie musi być człowiek, ba!, chyba nikt nie insynuuje nawet, że zmiany klimatu przed epoką przemysłową (a zmiany te zachodziły przez miliardy lat), jakkolwiek by nie były wielkie, miały coś wspólnego z działalnością człowieka.
2007–2011 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.