W czwartek wróciłem z krótkotrwałego przeszkolenia studentów, do którego zostałem oficjalnie powołany w maju. Przez prawie sześć tygodni przebywałem w Centrum Szkolenia Artylerii i Uzbrojenia w Toruniu na specjalności logistyka — regulacja ruchu. Czas zanotować wrażenia.
Do Torunia przyjechałem porannym pociągiem, gdzie czekał na mnie wojskowy star i pewna urocza pani z pewnego funduszu emerytalnego. Oczywiście, zapomniałem dopełnić formalności i musiałem wybrać fundusz, gdyż wkrótce miałem otrzymać żołd, a więc chyba i pierwsze złotówki do emerytury. Wybór można zmienić po dwóch latach, a lepiej skorzystać z usług jakiegoś nawet przeciętnego towarzystwa niż z losowania trafić do jakiegoś zupełnie dennego.
Po szybkim załatwieniu formalności, wraz z innymi chłopakami z pociągu wskoczyliśmy na pakę i pojechaliśmy do CSAiU. Tam pochłonęła nas biurokratyczna machina i ogromne kolejki. W końcu ostrzyżeni, świeżo umyci i ubrani w mundury trafiliśmy na pododdział, który na kilka tygodni stał się naszym domem. Pokoje były na ogół dwunastoosobowe. Na wyposażeniu były łóżka, szafki i dwa gniazdka elektryczne (cieszyłem się więc, że wziąłem ze sobą rozgałęźnik, dzięki któremu więcej osób mogło jednocześnie ładować komórki). Cywilki zostały w szatni, a my po raz pierwszy zasnęliśmy na skrzypiących łóżkach, które, jak się dowiedzieliśmy, nazywają się tu wozami.
Szkolenie dzieli się na ogólnowojskowe i specjalistyczne. Ogólnowojskowe dotyczy m.in. musztry, regulaminu, strzelania, budowy broni, terenoznastwa. Podczas zajęć w jednostce i na poligonie dowiedzieliśmy się, ile pocisków na minutę może wystrzelić nasz kbkAKMs, jak oddawać honory czy mierzyć odległość za pomocą lornetki polowej. W sumie wystrzeliłem ponad 40 ostrych naboi i 9 ślepaków. Mimo niewygody strzelania w rynsztunku i to z karabinku z wkurzającą składaną kolbą, to właśnie zajęcia na strzelnicy dawały największą frajdę, zwłaszcza tzw. „szkolenie numer dwa”, kiedy to można oddać serię do tarczy odległej o chyba ponad 200m.
Jeżeli już wspomniałem o rynsztunku to doprecyzuję, co nosiliśmy na sobie. Otóż oprócz kbkAKMs (niestety, nie dostaliśmy beryli) i hełmu dźwigaliśmy ładownicę z magazynkami (oczywiście, pustymi, więc nie było toto ciężkie), olejarkę i przybornik do czyszczenia broni, maskę przeciwgazową MP-4 i odzież przeciwchemiczną OP-1 na pasoszelkach, których zakładanie sprawiało nam na początku spore problemy. Później przeprosiliśmy się z OP-1, gdyż stanowiła znakomity podgłówek podczas spania na poligonie.
Wracając do szkolenia — zajęcia specjalistyczne na logistyce to przede wszystkim wykłady; jak dla mnie, strasznie nudne. Nieliczne zajęcia na poligonie nie były zbyt efektowne, gdyż nie mieliśmy prawie żadnego wyposażenia, w szczególności pojazdów regulacji ruchu. Wyjątkiem była wizyta w tzw. parku maszyn, gdzie mogliśmy usiąść na chwilę „za kierownicą” gąsienicowego transportera opancerzonego i zobaczyć go w akcji.
Po trzech tygodniach (w wielu jednostkach podobno po dwóch) szkolenia czekała nas uroczysta przysięga. Przygotowania polegały przede wszystkim na ćwiczeniu musztry, a więc mozolnym maszerowaniu w wojskowych butach, które niejednemu poraniły nogi i próbach utrzymania kroku w szyku, co z kolei rodziło wiele kłótni i frustracji. Na szczęście owocem tych trudów była piękna uroczystość, która wzbudziła we mnie więcej emocji niż się spodziewałem. Po przysiędze mogliśmy po raz pierwszy udać się na przepustkę. Dotąd bowiem wychodziliśmy na miasto tylko w niedzielę do kościoła, nie licząc przejazdów na poligon.
Po powrocie z przysięgi kontynuowaliśmy szkolenie, które było o tyle lżejsze, że dostaliśmy nieco swobody (możliwość wieczornego wyjścia na przepustkę stałą, samodzielne wyjścia do kantyny czy na salę gimnastyczną) i byliśmy już obyci z sytuacją. Po kolejnych dwóch tygodniach mieliśmy jechać na cztery dni na poligon, gdzie miały się odbyć egzaminy. Z takich czy innych powodów nie mogliśmy jednak rozbić się na poligonie i stanęło na tym, że spędziliśmy tam tylko dwa dni, na noc wracając na pododdział. Egzaminy nie były ciężkie. Strzelanie, wychowanie fizyczne (w praktyce tylko brzuszki), egzaminy pisemne i ustne zakończyliśmy z powodzeniem i otrzymaliśmy stopień kaprala.
Po egzaminach czekała nas jednak jedna „formalność” — marsz kondycyjny. Do przejścia mieliśmy kilkanaście kilometrów, oczywiście z bronią, MP-4 i OP-1 (na szczęście bez hełmów). Dla utrudnienia część drogi była dosyć piaszczysta, a na parę kilometrów przed końcem czekał nas tor przeszkód zakończony ścianą płaczu, którą, przy odrobinie samozaparcia, na szczęście nietrudno było sforsować.
O przygodzie pod tytułem Kurs Szkolenia Rezerw mógłbym jeszcze wiele napisać. Każdego dnia działo się coś ciekawego, zabawnego, a przynajmniej wartego zapamiętania: a to słuchanie opowiadań z misji w Afganistanie, a to szorowanie podłogi szczoteczkami do paznokci, a to perfekcyjne ścielenie łóżek na trzy sposoby… Ale był też czas, by poobserwować ludzi dokoła i siebie samego. Miałem szczęście trafić na interesujących chłopaków w grupie, na kadrę też szczególnie nie narzekam, choć niektórzy dali się we znaki. Ogólnie rzecz biorąc, atmosfera była przyjazna i tego nie da się zawrzeć w kilku akapitach. Jeżeli nie wszyscy, to większość z nas była zadowolona, że zdecydowaliśmy się na KSR. Stosunek do służby wojskowej będzie uregulowany, czegoś się o wojsku dowiedzieliśmy (na przykład, że panuje tu niezły bałagan…) i poznaliśmy ciekawych ludzi. Krótko mówiąc, jest co wspominać!
Też tam byłem, tyle, że dwa lata temu i w artylerii, jedyne co mnie zaskoczyło to ten marsz kondycyjny, my po egzaminach zwineliśmy się z poligonu, kolejnego dnia zdawaliśmy graty, a trzeciego do cywila, nie wyobrażam sobie żeby po egzaminach komuś chciało się iść taki kawał, a już na pewno nie tym którzy nie zdali :)
O, szybko wróciłeś. ;p
Widzę, że wiele się nie zmieniło, ale my żadnego marszu kondycyjnego nie mieliśmy. :S Komu by się chciało po egzaminach? Wtedy to już WLB było tylko. ;]
A co do funduszy – u nas ponoć tez na dworcach stali (ja jechałem busem), a potem nawet w jednostce w kinie (fajnie się tam spało na wykładach ;p) przyszło chyba AiG i ludzie masowo podpisywali. Ja nie podpisałem nic bo nie byłem pewien o co chodzi. Zrobiłem to dopiero po kilku miesiącach jak dostałem info z ZUSu, że muszę wybrać fundusz. I wybrałem na spokojnie taki, jaki chcę. ;]
Ale dobrze, że było fajnie, u nas też chłopaki nie narzekali. Ale kontakty już się pourywały. ;/
Chciało, nie chciało, wiele do gadania nie było. Niemniej jestem zadowolony, że się tego podjąłem, bo lubię od czasu do czasu sprawdzić swoją wytrzymałość i powalczyć ze słabością, a cieszę się tym bardziej, że pokonałem także tor przeszkód ;)
No ja pewnie też bym poszedł bo lubię takie zabawy. Jeszcze pamiętam jak biegałem przez małpi gaj. ;p
Wysyłając komentarz, wyrażasz zgodę na jego publikację na zasadach licencji CC BY-SA 3.0 PL. Autor zastrzega sobie prawo do moderacji komentarzy, szczególnie w przypadku wypowiedzi wulgarnych i niezwiązanych z tematem dyskusji.
2007–2010 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.