— Mamo, a co to są łyżwy?
— Łyżwy to takie buty, tylko że od spodu mają przyczepione łyżwy i można na nich jeździć po lodzie.
— A to ja nie chcę. A jak się złamie, jak będę jeździć?
— Nie złamie się, to taki specjalny lód. Zobaczysz, będzie fajnie. Będziemy robić bum i się śmiać.
Czasem robię bum i się nie śmieję. Czasem nawet nie robię bum, a i tak się nie śmieję. A przecież lepiej byłoby się śmiać.
Ale nic na siłę. Życie to jedno wielkie bum i nie śmiać się po prostu na dłuższą metę się nie da.
Wystarczy czasem jeden sen, nawet nie to, że jakiś przerażający, bo przecież na swój sposób przyjemny, byś chodził cały dzień rozbity, zastanawiając się, czy to, co czułeś — to teraźniejszość, przeszłość czy tęsknota? Czy relacje sprzed lat wciąż w tobie żyją, czy tylko chciałbyś, by żyły dalej, bo są takie… jasne? Bez wątpienia, bez kalkulowania — na pierwszym planie, ostre i wyraźne, przez to tak podniecające i euforyczne.
Cały dzień chciałoby się powrócić do tego snu, aż dopiero wieczorem, gdy obraz już się zatarł widzisz, że to była tylko krótka wycieczka. Ktoś zajrzał do kilku szuflad, gdy spałeś, porozrzucał zdjęcia, a tobie się zdawało, że te bezładnie leżące fotografie uśmiechniętych twarzy mówią coś więcej niż to, że czegoś i kogoś ci brakuje.
Jadę sobie w wagonie rowerowym (oczywiście, parę stacji za Gdańskiem ogrzewanie jakby zelżało) siedząc na gołych deskach, w końcu zapłaciło się te 30PLN za bilet, to można wymagać! Z lewej jacyś kolesie, kilku młodszych, kilku starszych, chyba robotnicy, z prawej brać studencka. Czytam sobie „Rok 1984”, w końcu stwierdzam, że lektura może mi się przed końcem podróży skończyć, więc robię przerwę i sięgam po kostkę. Skoro panowie obok nie czają się z jaraniem szlugów i spijaniem browara (obie czynności związane są z cyklicznym otwieraniem okna), to co ja se będę żałował.
Ku mojemu zdziwieniu, po kilkunastu ułożeniach jeden z kolesi pyta się mnie, jak to układam, jakie mam czasy, jak się tego nauczyć, bo on próbował, ale nie miał cierpliwości. Po krótkim przedstawieniu metody Fridrich nawet proponuje mi piwo. Jakiś czas później drugi facet, starszy, zwraca mi uwagę, że położyłem książkę na podłodze, a przecież z książką tak nie godzi się postępować. Trzeci go strofuje, że przecież student wie, jak się z książką obejść. Później dyskutują żywo o sokistach, którzy jednemu zdaje się wlepili mandat za palenie. Lecą bluzgi opisujące smutne życiowe prawdy.
Pociąg wciąż telepie się przez nasz piękny kraj, by w końcu dotrzeć na miejsce przed czasem. A ja myślę sobie, że tak mało wiem o ludziach i pociągach.
na mojej drodze
skóra węża
niedbale rzucona
„Osada” („The Village”)… hmmm… od czego by tu zacząć… to nie jest horror! Właśnie tak: nie zgadzam się z mitem „Osady”-horroru, który straszy od ukazania się filmu. Straszy, bo „Osada” jako film grozy sięga dna. Trzeba na nią spojrzeć jak na dramat, by docenić jej wartość.
Sam pomysł na fabułę jest dosyć ciekawy i mile mnie zaskoczył, gdyż oglądałem film w ogóle go nie znając i nie przypuszczałem, jaką tajemnicę kryją najstarsi osadnicy. Oczywiście, funkcjonowanie całkowicie odizolowanej grupy ludzi, i to raczej niedużej, jest mocno problematyczna na tak długim odcinku czasu. Należy założyć, że pierwsi mieszkańcy przybyli samotni lub co najwyżej z małymi dziećmi, które nie mogły pamiętać wcześniejszego życia. Wszak taki na przykład Lucius jest już chyba pełnoletni, a mimo swojej odwagi jest święcie przekonany o istnieniu leśnych potworów. Nie w tym jednak rzecz, skąd brali drewno, naftę, kredę, ubrania czy o co tam jeszcze pytają w jednym z wątków na Filmwebie. O wiele ciekawsza jest przyczyna, dla której osada powstała i sposób, w jaki się odizolowała.
Nieraz chcielibyśmy zostawić wszystko, uciec gdzieś daleko, może nawet zaszyć się w jakiejś leśniczówce. Ale jak wielki żal do ludzi, do świata należy czuć, by uciec od tego wszystkiego definitywnie? Oddać wszystko za otoczenie się murem i rzucić się na głęboką wodę, próbować zbudować małe utopijne społeczeństwo? Co ważne, społeczeństwo żyjące w ciągłym strachu, a mimo to sprawnie funkcjonujące.
Kilka dni temu obejrzałem dwa warte uwagi filmy: „Cube” i „Osadę” („The Village”). Zacznę od tego pierwszego, „Osadę” opiszę w jednym z kolejnych postów.
„Cube” to kanadyjski thriller science fiction, nakręcony w ciągu miesiąca w jednym sześcianie, z użyciem wyłącznie kamer ręcznych. Efekty specjalne życzliwa firma zrobiła za darmo, komputery udostępniła jakaś agencja reklamowa. Co można nakręcić takimi środkami? Oczywiście, zarówno kicz, jak i arcydzieło. Omawiany film plasuje się gdzieś pośrodku, choć bliżej tej drugiej opcji.
Sama historia jest być może znana nawet tym, którzy filmu nie oglądali. Siódemka, a dokładniej mówiąc, co najmniej siódemka ludzi, zostaje zamknięta w ogromnej budowli składającej się z 17576 najeżonych śmiercionośnymi pułapkami sześcianów o wewnętrznych wymiarach 14×14×14 stóp (14 stóp to około 4,2 metra).
Pierwszy z bohaterów ginie na samym początku i nie spotyka się z pozostałymi (stąd wyciągam wniosek, że w Cube mogło być więcej osób). Pozostała szóstka wspólnymi siłami próbuje rozgryźć budowlę i wydostać się na zewnątrz. Bardzo ważne jest, iż każdy z bohaterów odgrywa jakąś rolę w rozwiązywaniu zagadki, w sposób bezpośredni, jak Leaven (studentka matematyki) i Worth (projektant zewnętrznej części Cube'a), lub pośredni, jak Holloway (lekarka) czy Quentin (policjant), którzy wpływają na zachowanie pozostałych osób.
Zastanawiałem się ostatnio nad moją wolnością, konkretnie nad tym, jak się o nią staram. Przyjąwszy bowiem, że wolność jest nie czynieniem tego, na co się ma w danej chwili ochotę, ale postępowaniem w zgodzie z własnym sumieniem i kształtowaniem siebie według określonego zamysłu, muszę przyznać rację św. Pawłowi:
Rz 7,18–25Jestem bowiem świadom, że we mnie, to jest w moim ciele, nie mieszka dobro; bo łatwo przychodzi mi chcieć tego, co dobre, ale wykonać — nie. Nie czynię bowiem dobra, którego chcę, ale czynię właśnie zło, którego nie chcę. Jeżeli zaś czynię, to, czego nie chcę, już nie ja to czynię, ale grzech, który we mnie mieszka. A zatem stwierdzam w sobie to prawo, że gdy chcę czynić dobro, narzuca mi się zło. Albowiem wewnętrzny człowiek [we mnie] ma upodobanie zgodne z Prawem Bożym. W członkach zaś moich spostrzegam prawo inne, które toczy walkę z prawem mojego umysłu i bierze mnie w niewolę pod prawo grzechu mieszkającego w moich członkach. Nieszczęsny ja człowiek! Któż mnie wyzwoli z ciała, [co wiedzie ku] tej śmierci? Dzięki niech będą Bogu przez Jezusa Chrystusa, Pana naszego! Tak więc umysłem służę Prawu Bożemu, ciałem zaś — prawu grzechu.
Nie chcę jednak deprecjonować ciała. Jeżeli mówię: „w moim ciele nie mieszka dobro” nie mam na myśli tego, iż mój biologiczny organizm mnie zniewala, że powinienem szukać wolności przez samobiczowanie czy dążenie do Nirwany. Myślę raczej o tym, że powinienem zwalczać pewne chęci, pragnienia i pobudki, które kierują mnie nie tam, gdzie chcę iść, a rozwijać te, które pomagają w osiągnięciu celu.
2007–2010 Mariusz Chilmon, Augustów — Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 3.0 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.