W świetle poprzedniego wpisu ten będzie już niczym innym jak próbą rozładowania frustracji i nie mam co komu wmawiać nawet, że cały świat wokół jest zły, a ja jestem strasznie pokrzywdzony czy coś. Po prostu jest piątek, w poniedziałek wyjeżdżam do Gdańska, a jeszcze tyle spraw zostało do załatwienia. A to trzeba spakować wszystko, co od tygodni wala się po podłodze i pod szafą (a tam mieszka wielki pająk, wiem, bo chciał się do mojej drukarki wprowadzić), a to przekonać samego siebie, że wcale o niczym ważnym nie zapomnę. To znowu stary komputer przygotować do życia na miejsce tego, który za sobą zabieram.
W sumie to nie ma co się oszukiwać, ja naprawdę jestem pokrzywdzony. Bo niby czemu katridż nie chciał się skręcić po wsypaniu tonera? „Psipadek?” Niby czemu znów roleta się zacięła, wkręcając w swój durnowaty mechanizm ten śmieszny sznurek z koralikami? IV RP? Nie dość, że uwalony jestem w czarnym proszku, to jeszcze nawet za okno nie mogę wyjrzeć.
Ale jest jogger, można ponarzekać i wylansować się na level ziroł, co zawsze mniej jest męczące niż zabranie się za robotę.
Od roku czy dwóch interesuję się lifehackingiem, motywacją, organizacją czasu, zarządzaniem sobą, samorozwojem, czyli, jakby tego nie zwać, staram się znaleźć odpowiedź na pytanie: „Jak pracować wydajniej?”. Wciąż jednak zauważam to samo, od dzieciństwa chyba — odkładam pewne rzeczy w nieskończoność, a raczej do ostatniej chwili, a gdy w końcu się za nie zabieram, okazują się często niezmiernie łatwe, ba!, nawet przyjemne! I udaje się je zrealizować na ogół całkiem nieźle, mimo braku czasu. Tyle że pozostaje nieprzyjemne wspomnienie stresu i głosu sumienia, które np. dwa miesiące mówiło: powinieneś to zrobić, powinieneś to zrobić…
Zastanawiałem się wielokrotnie, dlaczego tak jest. Lenistwo jest odpowiedzią najprostszą, ale niepełną, okazuje się bowiem, że potrafię odłożyć jedną sprawę, by zająć się inną, niekoniecznie wyraźnie łatwiejszą. Dziś przyszła mi do głowy inna myśl. Może jest tak, że z jakichś powodów (mniejsza o to, z jakich) mózg przykleja niektórym zadaniom etykietkę „tego na pewno nie będzie chciało ci się robić”, trafiają więc one na moją listę projektów, ale są traktowane bardzo po macoszemu. Stosuję system Davida Allena, opisany w książce „Sztuka efektywności”. System ten wciąż próbuję u siebie wdrażać, ale jest pewna luka. Są to przeglądy. Przegląd miesięczny, tygodniowy, czy wreszcie dzienny, są przeze mnie realizowane albo niedbale, albo nawet w ogóle.
Od roku fotki z okolic śluzy Swoboda czekały, żeby z nimi coś zrobić. Zacząłem od wyrzucenia tych najmniej udanych, później z trudem pozbyłem się tych, w których trudno było dostrzec coś ciekawego. Wraz z ubywaniem miejsca na dysku pewnie zniknie jeszcze parę. Niemniej kilka podoba mi się tak samo, jak przed rokiem, więc czas, by poszły między ludzi:
Miałem dziś rzucić na chwilę pracę w kąt i wybrać się na rower, a tu rozpętała się burza i nici z nowych fotek. Za to przygotowałem retusz, którym chcę się poniżej pochwalić. Nic szczególnego, ale to pierwszy krok, żeby wreszcie zacząć coś zrobić z tymi wszystkimi zdjęciami, które od roku zalegają na dysku.
(…) gdybyś mnie oswoił, moje życie stałoby się jakby opromienione słońcem. (…) Zresztą popatrz sam! Widzisz tam w oddali ten łan zboża? Ja nie jadam chleba i zboże nie ma dla mnie żadnej wartości. To bardzo smutne. Ale ty masz włosy koloru złota. Więc byłoby wspaniale, gdybyś mnie oswoił! Zboże, które jest złociste, przypominałoby mi ciebie! I pokochałbym szelest wiatru w zbożu…
(…)
— Ach — westchnął Lis — będę za tobą płakał.
— To twoja wina — odparł Mały Książę. — Nie miałem zamiaru zrobić ci krzywdy, sam chciałeś, żebym cię oswoił.
— No pewnie — przyznał Lis.
— A teraz będziesz płakał!
— No pewnie — powtórzył Lis.
— A więc nic na tym nie zyskałeś!
— Owszem, zyskałem — odpowiedział Lis — chociażby kolor zboża.
Antoine de Saint-Exupéry, „Mały Książę”
Zwykły dzień pracy — wszyscy zalatani.
(Jakoś tak fotoblogowo ostatnio u mnie, więc co se będę żałował — limit miesięczny na Flickr jeszcze nie wyczerpany).
Allison Crowe, „Lisa’s Song”I want to be the one
To say that I found you safe
And held you in my arms
I want anyone else in the world
To tell me
That they did too
And took you homeAcross the field and to your door
And said, hey baby it’s cool,
There’s no reason to be scared anymore.
Took you home
And held you in, held you in, held you in.
W większości utwory tej artystki są bardzo do siebie podobne, przez co mnie trochę nudzą, ale ten jakoś szczególnie mi się spodobał.
…, czyli parę słów i kilka fotek z małej wycieczki po Mazurach.
Wilczy Szaniec to miejsce pobytu führera od czerwca 1941 do listopada 1944 r. Całość ma 250 hektarów powierzchni. Potężne bunkry, mimo iż zniszczone przez Niemców w czasie wycofywania się z kwatery, wciąż robią ogromne wrażenie. Schrony o ścianach wielometrowej grubości, maskowania, rozwiązania logistyczne (połączenie kolejowe i lotnicze) i radiokomunikacyjne (w tym stacje umożliwiające nadawanie szyfrogramów w oparciu o Enigmę) świadczą o wielkim zaangażowaniu Niemców w budowę centrum dowodzenia na terenie Prus Wschodnich. Widząc Wilczy Szaniec widzi się ułamek okrutnej potęgi III Rzeszy.
Bilet wstępu na teren kwatery to koszt, AFAIR, jakichś 8PLN. Warto jednak wydać jeszcze jakieś 40PLN na przewodnika. Polecam zwiedzanie w godzinach porannych (przed 10:00) ze względu na mniejszy tłok. Choć z drugiej strony warto dogadać się z innymi zwiedzającymi i razem wynająć przewodnika, dzieląc się kosztami.
To zdjęcie wykonałem na Konkurs kalendarzowy wortalu knives.pl. Nie wygrałem w swojej edycji, nie przeszedłem też do dogrywki, więc do kalendarza jeszcze nie trafię. Zdobyłem jednak 27 z 254 głosów, co mnie bardzo cieszy i motywuje do dalszej pracy.
Jest to chyba moja pierwsza fotka w stylu „martwej natury”, w którą włożyłem tyle wysiłku. Opłaciło się jednak, bo udało mi się uzyskać to, co zamierzałem, a sama satysfakcja z ładnego zdjęcia jest niezłą nagrodą.
Tym razem zaniosło mnie trochę dalej, bo aż za Krasne, w okolice Skieblewa i Starożyńców. Za Krasnem droga była kiepska. Prowadził mnie czerwony szlak pieszy — rowerowy już się skończył i w sumie chyba z kilka kilometrów musiałem prowadzić rower, tak dał mi się we znaki piach. Ale było warto, bo dotarłem do rosyjskich bunkrów, jak zamierzałem. Po drodze spotkałem na łące sześć bocianów. Były tak zajęte sobą nawzajem, że udało mi się podejść całkiem blisko. Niestety, w końcu stwierdziły, że nie lubią być fotografowane i uciekły.
Bunkry zaś uciec nie mogły, za to przywitały mnie odorem śmieci, zwłaszcza ten bliżej drogi, który został przez jakichś idiotów przerobiony na dziki śmietnik. Drugi, bardziej schowany w lesie, był w lepszym stanie. Nawet dałoby się wejść do środka, ale sam był tego nie zrobił… brrr…!
2007–2009 Mariusz Chilmon, Augustów – Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.