Na „Księgę ocalenia” („The Book of Eli”) poszedłem w ramach posesyjnego odstresowania. Zwiastun zapowiadał świetne zdjęcia, ciekawy klimat i raczej słabą fabułę. Nie zawiodłem się — otrzymałem to, na co liczyłem.
Film zaczyna się naprawdę świetnie. Zarówno obraz, jak i dźwięk doskonale budują postapokaliptyczny klimat. To nie „Jestem legendą”, utrzymany w konwencji bliskiej robinsonady, a dosadna wizja świata zapomnianego przez Boga, gdzie ludzie żyją na wypalonej Słońcem pustyni, bo po wojnie nic więcej im nie pozostawiono.
Okazuje się jednak, że Bóg nie zapomniał całkowicie o ziemskim padole. Przemówił do głównego bohatera o imieniu Eli. Imię to można wiązać z Helim, nauczycielem Samuela, Eliaszem, Elizeuszem i paroma innymi postaciami. Można też je interpretować jako imię samego Boga czy też rozwijać jako frazę „mój Bóg”. Mamy tu pole do pewnych interpretacji, choć myślę, że „Eli” po prostu dobrze brzmi.
Zresztą Eli może pochwalić się znacznie ciekawszymi atrybutami niż imię. Przede wszystkim jako gratis do księgi dostał skille w posługiwaniu się wszelkimi rodzajami broni (włącznie z łukiem, którego używa na początku i pod koniec filmu — w środku łuk… no właśnie, co się w międzyczasie działo z łukiem?) i samotnym zabijaniu rzeszy przeciwników w ciągu kilkunastu sekund walki. Mnie to szczególnie nie przeszkadzało; sceny walki choć mało efektowne, nie są jednak szczególnie dosadnie ukazane, więc wybuchy przemocy nie rażą zbyt mocno. Szkoda tylko, że poziom ich bzdurności przekracza granicę przyzwoitości, gdy uświadamiamy sobie, że Eli jest…
Zdjęcie znane, przynajmniej z widzenia, wszystkim miłośnikom fotografii. Nie sposób natknąć się na nie prędzej czy później. Pojawia się także na okładkach kilku płyt. Niemniej nie mogłem sobie odmówić przyjemności pokazania tej fotografii na swoim blogu.
Autorką jest amerykańska fotografka Toni Frissell. Zdjęcie zostało wykonane w 1947 w źródłach rzeki Weeki Wachee na Florydzie, a publikacja miała miejsce w grudniu tego samego roku na łamach magazynu „Harper’s Bazaar”.
Zdjęcie trafiło do domeny publicznej, ponieważ pani Frissell przekazała cały swój artystyczny dorobek z lat 1930–1969 Bibliotece Kongresu Stanów Zjednoczonych. Jak można przeczytać na stronie tej biblioteki, kolekcja Toni Frissell liczy blisko 340 000 pozycji. Chylę czoła zarówno przed talentem, pracowitością jak i gestem tej kobiety.
Przeczytałem „Jesienne wizyty” Siergieja Łukjanienki. Po seriach „Nocnego patrolu” i „Brudnopisu” spodziewałem się kolejnej książki z niesamowicie wciągającą akcją, ciekawymi pomysłami na świat przedstawiony i wplecionymi w tekst przemyśleniami autora na temat codziennego życia. Niby to wszystko otrzymałem, ale jakoś nie jestem zachwycony.
W dalszej części tekstu nie brak spojlerów.
2007–2009 Mariusz Chilmon, Augustów – Gdańsk
Teksty, zdjęcia i inne zasoby mojego autorstwa na tej stronie są objęte licencją Creative Commons Uznanie autorstwa-Na tych samych warunkach 2.5 Polska, o ile nie zaznaczono inaczej.
Szablon powstał przy użyciu Wolnego Oprogramowania.
Wykorzystano zestaw ikon bwpx.icns autorstwa Paula Armstronga.
Całość napędza JoggerPL.